Wtorek 23 Października 2018r. - 296 dz. roku,  Imieniny: Edwarda, Marleny

| Strona główna | | Mapa serwisu 

dodano: 16.03.18 - 12:47     Czytano: [935]

Diabli biorą antypolską doktryną Giedroycia


W ubiegłym roku minęło 40 lat od kiedy krytykuję doktrynę polskiej polityki wschodniej Jerzego Giedroycia. W redagowanym przeze mnie „Tygodniku Polskim” w Melbourne (Australia) z 16 lipca 1977 roku opublikowałem ten oto tekst:

W obronie prawdy historycznej i dobrego imienia Polaków
14 sierpnia 1385 roku w Krewie (pow. Oszmiana, woj. wileńskie, po 1945 r. Białoruś) Litwa i Polska dobrowolnie zawarły unię personalną, a 1 lipca 1569 roku w Lublinie ponownie dobrowolną z obu stron unię realną. Wraz z Litwą w skład Rzeczypospolitej weszły wszystkie ziemie białoruskie i wszystkie ziemie rdzennej Ukrainy, które wcześniej podbiła czy przyłączyła do siebie Litwa. Polska w swej historii nigdy, powtarzam, nigdy nie podbiła żadnych ziem Litwy, Białorusi i rdzennej Ukrainy. Znalazło się jednak pismo polskojęzyczne wydawane za amerykańskie pieniądze, które w sposób karygodny dopuściło się obrzydliwego kłamstwa historycznego oraz bezpodstawnego i niczym nie uzasadnionego szkalowania narodu polskiego.

Otóż w majowym (Nr 5/356 – 1977 r.) numerze paryskiej „Kultury” ukazała się redakcyjna, czyli de facto Jerzego Giedroycia Deklaracja w sprawie ukraińskiej, w której czytamy m.in.: „Nie można tu nie wspomnieć krzywd, wyrządzonych Ukrainie ze strony wielowiekowego polskiego imperializmu”.
Żaden sprawiedliwy Polak nie może zaprzeczyć, że i z naszej strony spotkały Ukraińców poważne krzywdy. Ale pomawianie – w ponoć polskim piśmie, a z pewnością w piśmie o międzynarodowym zasięgu – Polaków o wielowiekowy imperializm – to nie tylko mijanie się z prawdą historyczną, ale także wielka zniewaga Narodu Polskiego! To bezmyślne i niczym nie uzasadnione poniżanie godności narodowej! (przysłowie angielskie mówi: szanuj siebie samego, a będą ciebie szanować). Tym bardziej, że w tej deklaracji nie został równocześnie potępiony prawdziwy i naprawdę wielowiekowy imperializm rosyjski w odniesieniu do Ukrainy!

Zresztą przekonywująco udowodnił, że Polska nie prowadziła polityki imperialistycznej znany publicysta i szermierz pojednania polsko-ukraińskiego Józef Łobodowski w artykule Deklaracja w sprawie ukraińskiej, który ukazał się w londyńskim „Tygodniu Polskim” z 28 maja 1977 roku.
Warto także zwrócić uwagę na to, że nawet prezes Towarzystwa Polsko-Ukraińskiego w Wielkiej Brytanii, p. Kazimierz Trębicki, poczuł się zmuszony zabrać głos w tej sprawie i wyrazić także na łamach „Tygodnia Polskiego” z 11 czerwca 1977 roku, ubolewanie „że w Deklaracji znalazł się ustęp o krzywdach wyrządzonych Ukrainie ze strony wielowiekowego polskiego imperializmu”
Ze swej strony dołączamy do tego protestu W IMIĘ OBRONY PRAWDY HISTORYCZNEJ I DOBREGO IMIENIA NARODU POLSKIEGO”

Marian Kałuski
Redaktor naczelny
„Tygodnik Polski” (Melbourne) 16.7.1977

..........
Red. Jerzy Giedroyć zarzucał Polsce i Polakom zbrodnie wobec Ukrainy, których Polaka i Polacy nie popełnili. Jednocześnie tuszował lub kazał Polakom zapomnieć – nic nie mówić o PRAWDZIWEJ ukraińskiej zbrodni ludobójstwa (100-120 tys. ofiar) popełnionej na Polakach na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej podczas II wojny światowej. Prof. Bogumił Grott pisze: Do dziś pamiętam, jak Jerzy Giedroyć w radiowym wywiadzie, dokładnie dwa tygodnie przed śmiercią, problem mordów UPA na Polakach skwitował krótkim: należy zapomnieć (Wiktor Poliszczuk – historyk przemilczanych zbrodni w: „27 Dywizja Wołyńska AK, Biuletyn Informacyjny”, nr 1(101), styczeń-marzec 2009 Warszawa; wikipedia.pl).

Jak mówi rosyjskie porzekadło: plunąć (na Giedroycia) i czapką przykryć. Na nic lepszego ten człowiek sobie nie zasłużył za strony Polaków (chociaż Instytut Literacki robił często dobrą robotę)!

Czy redaktor paryskiej „Kultury” Jerzy Giedroyć był agentem amerykańskim?

Jedyną polską instytucją polityczną na emigracji, która do upadku komunizmu w Polsce w 1989 roku uznawała zabór polskich Ziem Wschodnich przez Związek Sowiecki w 1945 roku była redagowana przez Jerzego Giedroycia paryska „Kultura”, która nawoływała Polaków do tego, aby pogodzili się z utratą Lwowa i Wilna, aby zaakceptowali rzeczywistość panującą w Europie Wschodniej po II wojnie światowej.

Skąd się wzięła w zespole redakcyjnym „Kultury” taka koncepcja?

Znany historyk angielski, bardzo prosowiecki i obsesyjny wróg państw Europy Środkowo-Wschodniej, w tym Polski, Allan J.P. Taylor (1906-1990) w serii Historia XX wieku pisze bez żadnych ogródek, że mocarstwa zachodnie postąpiły logicznie i zgodnie ze swą wolą i racją stanu, przekazując po II wojnie światowej pod wpływy sowieckie państwa Europy Wschodniej, które, skłócone ze sobą, były i mogły by być ponownie zarzewiem konfliktów międzynarodowych. Według niego powyższe posunięcie amerykańsko-angielskie rozwiązało np. sprawę polską jako zagadnienie międzynarodowe; sprawy polskie, m.in. wschodniej granicy Polski mógł teraz dowolnie rozwiązać sam Związek Sowiecki. Pozostała jednak otwartą sprawa polska jako wewnętrzne zagadnienie amerykańskie i angielskie: w Ameryce ze względu na kilkumilionową Polonię amerykańską, a w Anglii przez przebywanie w Londynie (emigracyjnego) rządu polskiego – do lata 1945 jedynego legalnego rządu polskiego, mającego międzynarodowe uznanie, 250-tysięcznej rzeszy Polaków, a przede wszystkim przez fakt istnienia dużej Armii Polskiej (do 1947 r.). Jednocześnie w okupacyjnych strefach Niemiec przebywało także kilkaset tysięcy Polaków, w tym ok. 300 tysięcy z Kresów, którzy przez zaistniały podział Europy nie chcieli wracać do komunistycznej tzw. Polski Ludowej, a na dokładkę bez Kresów. Tak Amerykanie jak i Anglicy starali się ten ich wewnętrzny problem polski rozwiązać wszelkimi możliwymi środkami, m.in. przez prowadzenie ostrej polityki wobec nieprzejednanych Polaków, o czym pisał w amerykańskiej prasie polonijnej (przedruk w sydneyskich „Wiadomościach Polskich”) świadek tego, późniejszy pisarz Wiesław S. Kuniczak (1930-2000), a także przez odpowiednio prowadzoną propagandę – wśród Polaków i przez „Polaków”, którzy zostali ich agentami, po polsku i niby polską. Nie wiem czy wydawany w Paryżu od 1947 roku i redagowany przez Jerzego Giedroycia miesięcznik opiniotwórczy „Kultura” był tworem tej działalności, ale jest faktem, że w odpowiedzi p. Giedroyciowi, w którego „Kulturze” napisano, że założone przez Amerykanów Radio Wolna Europa nie ma prawa uważać się za polską placówkę, gdyż jest przez nich finansowane, dyrektor Sekcji Polskiej Radia Wolna Europa, p. Jan Nowak, napisał („Na Antenie” czerwiec 1972), że na tej samej zasadzie „Kultura” też nie powinna być uważana za polską instytucję. A Nowak chyba wiedział co pisze i drukuje!

Po upadku komunizmu w Polsce w 1989 roku wszystkie kolejne rządy polskie (rządy ciemniaków i wyprane z patriotyzmu!) będąc serwilistyczne wobec Ameryki uznały Jerzego Giedroycia za swego guru i zaakceptowały i realizują z uporem targowiczan politykę kresową paryskiej „Kultury”.

Andrij Bondar, ukraiński poeta, tłumacz (przetłumaczył na ukraiński Ferdydurke Witolda Gombrowicza) i publicysta z Kijowa, znający język polski i obeznany nieźle w sprawach polskich w rozmowie z ukraińskim portalem rewizor.ua (kresy.pl 17.12.2011) na tematy polsko-ukrańsko-rosyjskie powiedział: „Ideologia współczesnej Polski to w 99% zasługa Jerzego Giedroyca i paryskiego magazynu ’Kultura’. To właśnie według szablonów Giedroyca jego współtowarzysze zbudowali aktualny model stosunku Polski do Ukrainy” oraz Litwy i Białorusi. Niestety, politycy polscy i polscy w cudzysłowie nie zważają na to, że jest ona w wielu punktach sprzeczna z polską racją stanu. I polska racja stanu na tym cierpi oraz Polacy pozostali na Kresach (Marian Kałuski KWORUM 1.11.2013).

Renegat i agent Jerzy Giedroyć?

Aby zrozumieć dobrze myśli Jerzego Giedroycia dotyczące polskiej polityki wschodniej, która jest z determinacją realizowana przez wszystkie rządy polskie – niezależnie od koloru przekonań politycznych – po 1989 roku, należy najpierw zapoznać się z biogramem redaktora paryskiej „Kultury”.

Otóż nie ulega wątpliwości, że Jerzy Giedroyć (1906 – 2000) urodził się jako Polak, ale nie zmarł jako Polak. Chociaż emigracyjne wydawnictwa litewskie (przez Polaków nie czytane!) uważały go za Litwina, to raczej zmarł jako „ni pies ni sobaka”, jako dziwak i internacjonalista – może nie typu sowieckiego, ale jednak, jako człowiek, którego koncepcja polityczna wiele już zaszkodziła i nadal szkodzi Polsce i polskim interesom.

Giedroyciowie byli rodem kniaziowskim pochodzenia litewskiego, który już dawno, dawno temu ulegli w naturalny sposób polonizacji - przez wyższą kulturę polską, życie w państwie polskim i języka polskiego oraz mieszane małżeństwa. Jednak z takimi osobami nic nigdy nie wiadomo co zrobią głupiego. Najlepszym tego przykładem może być Andrzej Szeptycki (1865 – 1944), rzymskokatolik, wychowany w polskiej kulturze i w polskim języku, syn dawno spolonizowanego Rusina (ale nie Ukraińca!) i matki etnicznej Polski – Zofii, córki wielkiego polskiego komediopisarza Aleksandra Fredry i brat Stanisława (1867 – 1950), generała Wojska Polskiego i w 1923 ministra spraw wojskowych II RP. Za obiecaną mu w Watykanie (gdzie mu przypomniano jego rzekomo ciągle aktualne ruskie pochodzenie) godność grekokatolickiego arcybiskupa lwowskiego, nie tylko że stał się grekokatolikiem i Ukraińcem, ale także wielkim i niebezpiecznym wrogiem Polski, Polaków i wszystkiego co polskie. Prawdziwym renegatem!

Podobnie było z Jerzym Giedroyciem. Pochodził z rodziny od wieków spolonizowanej, a pomimo tego żył faktem jej jakoby ciągłego litewskiego pochodzenia, co było dziwactwem, gdyż np. Amerykanie, którzy 10 czy nawet 5 pokoleń wstecz byli Irlandczykami, Niemcami czy Polakami na pewno na co dzień nie żyją myślą, że są ciągle Irlandczykami, Niemcami czy Polakami. A przy tym Giedroyć nie brał przykładu z zacnych i zasłużonych oraz Polskę kochających Giedroyciów, ale raczej z tych upadłych i zdrajców, jak np. z Jana Stefana Giedroycia (1730- 1802), który dzięki poparciu Rosjan i ich króla polskiego Stanisława Augusta został w 1778 biskupem żmudzkim, był przeciwnikiem konstytucji 3 maja i gorącym zwolennikiem konfederacji targowickiej; po stłumieniu powstania kościuszkowskiego 1794, gdy pewien podległy mu ksiądz w jego obecności użył słów obrażających carycę Katarzynę II, Giedroyć nakazał go aresztować, czym zasłużył sobie na podziękowanie posła rosyjskiego Repnina. Znany był z promowania swoich krewnych Giedroyciów na stanowiska kościelne; jednym z nich był jego następca na tronie biskupim żmudzkim Józef Giedroyć (1754 – 1838), który po III rozbiorze Polski w 1795 roku jako delegat Księstwa Żmudzkiego udał się z misją dziękczynną do Katarzyny III; a drugim biskup sufragan żmudzki Szymon Giedroyć (1764 – 1844), który także wysługiwał się gorliwie zaborcy rosyjskiemu.

Jerzy Giedroyć urodził się w od dawna polskiej rodzinie, ale z własnej inicjatywy, jak już wspomniałem, żył jej litewską przeszłością; urodził się w Mińsku, a więc dzisiejszej stolicy Białorusi, w 1931 roku ożenił się z Rosjanką Tatianą Szwecow. W tym fakcie definitywnie nie ma nic złego, ale z drugiej strony obrazuje on frywolny/lekceważący stosunek Giedroycia do tragicznych dziejów polsko-rosyjskich. Także jego brat Henryk (1922-2010), który prowadził paryski Instytut Literacki w latach 2003-10, był ożeniony z Włoszką, co świadczy o tym, że w tej rodzinie nie przywiązywano dużej wagi do polskości i jej podtrzymywania. W 1994 roku Jerzy Giedroyć odmówił przyjęcia polskiego Orderu Orła Białego, natomiast w 1997 roku przyjął honorowe obywatelstwo Litwy! No i najważniejszy fakt: dyrektor Sekcji Polskiej Radia Wolna Europa, p. Jan Nowak, napisał („Na Antenie” czerwiec 1972), że paryska „Kultura” Jerzego Giedroycia jest finansowana przez Amerykanów. Nikt za darmo nikogo nie finansuje. Jest bardzo poważne przypuszczenie, że Amerykanie finansowali „Kulturę” za wybialanie-usprawiedliwianie ich zbrodni w Jałcie w 1945 roku, gdzie prezydent USA Roosevelt, premier Wielkiej Brytanii Churchill i dyktator Związku Sowieckiego Stalin zaakceptowali sowieckie panowanie w Polsce i oderwanie od Polski Ziem Wschodnich, włącznie z arcypolskimi miastami – Lwowem i Wilnem. Jeśli to prawda, to red. Jerzy Giedroyć był płatnym agentem amerykańskim i, jak wyżej wspomniani biskupi Giedroyciowie, renegatem! Nie takim jak grekokatolicki arcybiskup Andrej Szeptycki, ale takim jakim był margrabia Aleksander Wielopolski (1803-1877).

I właśnie ten fakt tłumaczy, umożliwia nam lepiej zrozumieć myśli Jerzego Giedroycia dotyczące polskiej polityki wschodniej.

Myśli te sformułował wraz z Juliuszem Mieroszewskim („Londyńczykiem”, człowiekiem-dziwakiem, który przez tragiczny los swego ojca we Lwowie, znienawidził to miasto, a tym samym polski Lwów!), w 1974 roku w artykule pt. Rosyjski kompleks polski i obszar ULB opublikowanym na łamach „Kultury” (nr 9). Ich główna myśl wyrażała się w sformułowaniu, iż suwerenność Ukrainy, Litwy i Białorusi (ULB) jest czynnikiem sprzyjającym niepodległości Rzeczypospolitej, natomiast zdominowanie tych krajów przez Rosję otwiera drogę do zniewolenia także Polski i że Polska w imię przyjaźni z Ukrainą, Litwą i Białorusią powinna ustępować tym państwom we wszystkim – we wszystkich spornych i nawet we wszystkich innych kwestiach (to było credo wystąpień Giedroycia). A więc przede wszystkim powinna uznać narzuconą Polsce w Jałcie wschodnią granicę Polski i raz na zawsze zapomnieć – po prostu zapomnieć o tym, że Lwów i Wilno były kiedykolwiek polskie czy starać się o zwrot zagrabionych przez Stalina polskich skarbów narodowych (które po 1991 r. są w większości w łapach ukraińskich, litewskich i białoruskich).

Wielu Polakom, szczególnie patriotom polskim, trudno było zaakceptować koncepcję Jerzego Giedroycia. Odrzucała ją zdecydowanie jeśli nie cała, to prawie cała emigracja polska, uważając ją za „szkodliwe pięknoduchostwo”. W kraju, gdzie 45 lat antypolskich rządów komuny na usługach Kremla, zniszczyło duszę wielu milionów Polaków, nawet tych uważających się za inteligentnych i należących do opozycji antykomunistycznej, wśród których było także bardzo wiele osób wypranych z patriotyzmu i mało inteligentnych, zdania były podzielone. Bardzo duży wpływ w grupie zwolenników koncepcji Giedroycia, szczególnie wśród polityków, miały takie osoby jak Adam Michnik czy Jacek Kuroń, który otwarcie i w sposób wyjątkowo brutalny i antypolski mówił, że cieszy się, że Lwów jest dzisiaj ukraiński, chociaż sam pochodził z tego miasta. To nie naród, ale właśnie ludzie nowej władzy zadecydowali o przyznaniu Jerzemu Giedroyciowi doktoratu honoris causa przez Uniwersytet Jagielloński w 1991 roku, Uniwersytet Wrocławski i Uniwersytet Warszawski w 1998 roku, Uniwersytet w Białymstoku, Szczeciński i Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie w 2000 roku, Nagrody Kisiela w 1992 roku, Orderu Orła Białego w 1994 roku i o ustanowieniu przez Sejm 28 lipca 2005 roku rok 2006 Rokiem Jerzego Giedroycia. W 2001 roku redakcja dziennika rządowego „Rzeczpospolita” we współpracy z giedroyciowskim Instytutem Literackim w Paryżu ustanowiła doroczną Nagrodę im. Jerzego Giedroycia.

Wśród oponentów koncepcji Jerzego Giedroycia wyrosła krytyka jego założeń, która uzewnętrzniła się w pojęciu sformułowanym przez wrocławskiego socjologa prof. Zbigniewa Kurcza - tzw. „mitu giedroyciowskiego” w jego książce Mit giedroyciowski wobec wyzwań polskiego sąsiedztwa na Wschodzie (w) Pogranicza i multikulturalizm w warunkach Unii Europejskiej: Implikacje dla wschodniego pogranicza Polski (t. 2, Białystok 2004).

Niestety, po upadku rządów komunistycznych w Polsce w 1989 roku koncepcja giedroyciowska znajdowała i ciągle znajduje zwolenników wśród ludzi rządzących krajem. Koncepcja ta jest w pełni realizowana, chociaż po rozpadzie Związku Sowieckiego w 1991 roku i po przystąpieniu Polski do NATO i Unii Europejskiej nie tylko że straciła na znaczeniu, ale stała się wręcz niedorzeczna. Zdaniem krytyków mit giedroyciowski miał jakiś sens dopóty był koncepcją uniwersalną, dopóki istniało wspólne dla wszystkich krajów: Polski, Ukrainy, Litwy i Białorusi zagrożenie. Natomiast po wygaśnięciu tego zagrożenia na plan pierwszy wysunęły się inne obawy - co do wzajemnych stosunków Polski z jej nowo powstałymi wschodnimi sąsiadami. „Mit giedroyciowski” jest interpretowany przez niektórych historyków jako poświęcenie pewnych zasad, prawdy historycznej i interesów Polski, za cenę innych zasad (fałszywie pojmowanych „uniwersalnych zasad demokratycznych”) i dobrosąsiedzkich stosunków ze wspomnianymi trzema byłymi republikami Związku Sowieckiego. Według prof. Bogumiła Grotta „mit” ten, prowadził nie tylko do przemilczeń, ale i prostego zakłamania, jak w przypadku odsuwania na margines sprawy masowych mordów ludności polskiej na Wołyniu i Małopolsce Wschodniej dokonanych przez ukraińskich nacjonalistów. B. Grott pisze: Do dziś pamiętam, jak Jerzy Giedroyć w radiowym wywiadzie, dokładnie dwa tygodnie przed śmiercią, problem mordów UPA na Polakach skwitował krótkim: należy zapomnieć (Wiktor Poliszczuk - historyk przemilczanych zbrodni (27 Dywizja Wołyńska AK, Biuletyn Informacyjny, nr 1(101), styczeń-marzec 2009 Warszawa: wikipedia.pl). – Czy Giedroyć odważyłby się powiedzieć Polakom, aby zapomnieli o Katyniu czy Żydom, aby zapomnieli o houlkauście, bo to wyjdzie na dobre obu narodom i ich państwom?!

Zdecydowaną krytykę założeń giedroyciowskich wcielanych w Polsce w życie przez rządy polskie po upadku Związku Sowieckiego przedstawił także prof. Czesław Partacz w swojej pracy Przyczyny i tło konfliktu polsko-ukraińskiego w latach 1939-1947 (w:) Biuletyn 27 Dywizji Wołyńskiej AK, Nr 1 (101), Warszawa 2009. Stwierdził tam, że poświęcenie prawdy historycznej dla dobrosąsiedzkich stosunków ukazuje naiwność i fałszywość nowej polityki wschodniej Polski, a teza Giedroyca, że bez niepodległej Ukrainy nie ma niepodległej Polski według Partacza świadczy o nieznajomości historii i geopolityki, oraz jest ahistoryczna i antypolska.

Koncepcja Jerzego Giedroycia jest przede wszystkim antypolska. To definitywnie przez nią rządy polskie po 1989 roku nie podjęły zdecydowanych starań o odzyskanie skradzionych nam przez Stalina i obecnie przetrzymywanych bezprawnie polskich dóbr narodowych i nie walczą zdecydowanie o prawa pozostałych Polaków na Litwie, Ukrainie i Białorusi. Nawet wówczas, kiedy, w przypadku Litwy, która tak jak Polska należy do Unii Europejskiej i nie przestrzega jej polityki wobec mniejszości narodowych, rząd polski mógłby walczyć o te prawa w Brukseli. Mógłby także walczyć z pomnikami stawianymi przez Ukraińców Stepanowi Banderze, który jest odpowiedzialny za rzezie Polaków na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej, ale, stosując się do nauki swego guru – Jerzego Giedroycia, nie chce tego robić. Wolą być polactwem niż Polakami!

Przeklęty jest dzień, w którym urodził się Jerzy Giedroyć i w którym napisał za amerykańskie pieniądze swoje myśli o polskiej polityce wschodniej (Marian Kałuski, KWORUM 1.11.2013).

Prof. Osadczy: Miejsca dla Giedroycia już nie ma. Ta doktryna okazała się drogą donikąd

W „DoRzeczy” z 12 lutego 2018 roku ukazał się artykuł Anny M. Piotrowskiej, będący omówieniem jej rozmowy z prof. Włodzimierzem Osadczym z KUL na temat doktryny polskiej polityki wschodniej Jerzego Giedroycia:

„Wizja sojuszu polsko-ukraińskiego opartego na nijakości państwa polskiego i radykalizacji państwa ukraińskiego legła w gruzach. Państwo polskie przestaje być państwem nijakim i zaczyna być coraz bardziej polskim – ocenia w rozmowie z DoRzeczy.pl prof. Włodzimierz Osadczy. Historyk wyraża pogląd, że doktryna Giedroycia, jak i wiele innych narzucanych sztucznych wizji politycznych czy geopolitycznych, nie wytrzymała próby czasu. – Ta doktryna już dawno umarła śmiercią naturalną – przekonuje.
Profesor Włodzimierz Osadczy skomentował przyjęcie przez polski parlament nowelizacji ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej, która wprowadza do polskiego systemu prawnego penalizację banderyzmu oraz przewiduje kary za podważanie ludobójstwa na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej dokonanego przez ukraińskich nacjonalistów. Zdaniem historyka, fakt ten ma znaczenie szczególne dla rodzin kresowych, które przez przeszło dwadzieścia lat – zdawałoby się – wolnej Polski nie doczekały się prawdy o ludobójstwie. Jak jednak podkreśla, jest to także sprawa fundamentalna dla Polski jako społeczeństwa. – Naród to przecież wspólnota zjednoczona wokół pamięci, wokół historii. Historii, która czasem jest heroiczna, bohaterska, ale bywa również dramatyczna. Dla wielu narodów klęski i doświadczenia dziejowe są momentami, które je cementują, które krzepią serca – wskazuje. – Naród polski był celowo pozbawiony pamięci na temat martyrologii Wołynia. Przełamanie nastąpiło dzięki zmianom rządów w Polsce – dodaje.

PiS zrywa z polityką wschodnią Lecha Kaczyńskiego?
Pytany, czy jest zaskoczony faktem, że przełamanie to nastąpiło właśnie za rządów Prawa i Sprawiedliwości i czy to, co obserwujemy nie jest swego rodzaju zerwaniem z polityką wschodnią realizowanej przez śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego, prof. Osadczy zwraca uwagę, że od wielu lat trwaliśmy w narzuconej narracji, która tworzyła nie tylko wypaczony obraz rzeczywistości, ale także wypaczone wizje geopolityczne. Zdaniem profesora, czas tej narracji właśnie się skończył.
Historyk wskazuje na sięgające czasów powstania styczniowego, a realizowane także przez Józefa Piłsudskiego przekonanie, że Imperium Rosyjskie jest wielkim molochem, który zagraża Polsce i światu zachodniemu, i że tylko tworzenie przestrzeni buforowej może zapewnić bezpieczeństwo. – Prezydent Lech Kaczyński był romantykiem, który w ten sam sposób odbierał rzeczywistość – ocenia profesor. Wizję śp. prezydenta historyk niejako uzasadnia faktem, że świat z początku lat dwutysięcznych przedstawiał się zupełnie inaczej niż obecnie. – Patrząc na Ukrainę można było mieć nadzieję, że kraj ten będzie mógł się skonsolidować i wytworzyć samodzielną politykę skierowaną na realizację jakieś strategii i planu. Niezupełnie była też rozpoznana istota rządu na Ukrainie. A polega ona na tym, że są to rządy klanowe, rządy apolityczne, rządy oligarchii, która wykorzystuje zmieniającą się koniunkturę geopolityczną tylko do eksploatacji. Każda z tych ekip oligarchicznych traktuje państwo jako „korporację Ukrainę”. W pewnym momencie opłacalnym dla tej „korporacji Ukraina” stała się eksploatacja ideologii banderyzmu. Wiemy, że to, co przez dziesiątki lat było specjalnością tylko Ukrainy zachodniej, to co zniesmaczało Polaków przyjeżdżających np. do Lwowa – te ulice i pomniki Bandery – stało się zjawiskiem nagminnym i urosło do rangi oficjalnej polityki państwa. Mamy do czynienia z całkowitą banderyzacją społeczeństwa ukraińskiego i to banderyzacją instrumentalną. Tego rodzaju przejawy były w czasach prezydentury Lecha Kaczyńskiego jeszcze detonowane, a widmo banderyzmu było jeszcze bardzo dalekie – tłumaczy historyk.
Nie można – zdaniem profesora – pominąć faktu, że prezydenccy doradcy byli przez cały czas ze wszech miar mamieni niesprawdzoną doktryną Giedroycia, która po odzyskaniu suwerenności stała się podwaliną polskiej polityki wschodniej i którą realizowały wszystkie rządy.

„Żaden naród nie powinien się na to zgodzić”
– Doktryna Giedroycia w największym uproszczeniu polegała na tym, że mamy zapomnieć o wszystkich trudnych sprawach, że mamy przełożyć nad to, co nas dzieli, to co nas łączy. Oczywiście okazało się, że łączy nas jedynie lęk przed widmem odradzającego się Imperium Rosyjskiego. Widmo to nie było jednak i nie jest też dziś przekonujące. Jest to raczej hasło służące mobilizacji pewnych wysiłków w sytuacji rywalizacji ośrodków geopolitycznych. Tak, jak w tej chwili kiedy wiemy, że powracamy do czasów zimnej wojny. Napięcie na osi Ameryka-Rosja wciąż rośnie – mówi prof. Osadczy. W ocenie historyka, realizacja tej niesprawdzonej metody, jaką była myśl Giedroycia, była okupiona dość wysoką stawką. – Trzeba było zgodzić się z czymś, na co żaden cywilizowany – a powiedziałbym, że też i niecywilizowany – naród, żadna wspólnota ludzka, nie powinna się zgodzić. Mianowicie: wyrzec się pamięci o tym, że ponad 130 tys. Polaków poniosło śmierć męczeńską, wyrzec się obowiązku wobec tych ofiar – wskazuje.

„Doktryna Giedroycia umarła śmiercią naturalną”
Zapytany, czy zmiana kursu wobec Ukrainy oznacza przełom w polskiej polityce wschodniej i odejście od myśli Giedroycia, profesor mówi: „Doktryna Giedroycia, jak i wiele innych narzucanych sztucznych wizji politycznych czy geopolitycznych, nie wytrzymała próby czasu. Ta doktryna już dawno umarła śmiercią naturalną. Pozostają jedynie pewne imitacje czy gesty nie znajdujące szerszego odbicia w społeczeństwach polskim i ukraińskim. Pozostała też jedna kasta, która ze względu na przyzwyczajenie, czy dostawanie źródeł utrzymania głosi jeszcze tego rodzaju poglądy. Natomiast życie zweryfikowało i pokazało, że jest to droga donikąd”.
– Zarówno Polska nie jest krajem, który zupełnie poddał się amnezji historycznej - i stało się to dzięki temu, że środowiska patriotyczne, środowiska kresowe nie dały zakłamać prawdy na temat dramatu Wołynia - jak i Ukraina, która jest społeczeństwem bardzo świeżym, powstałym w znacznej mierze przez zbieg okoliczności geopolitycznych, takich jak upadek Związku Sowieckiego, czy rywalizacja między Wschodem i Zachodem, potrzebuje w tej chwili wojującego nacjonalizmu. Tak więc w tych okolicznościach miejsca dla Giedroycia nie ma – ocenia. Prof. Osadczy dodaje, że jeśli myśl Giedroycia miała nas prowadzić do amnezji, zapomnienia, utraty bardzo ważnego elementu tożsamości, to jest ona również wątpliwa pod względem etycznym.
– Pamięć Wołynia próbowano zbyć bardzo płytkim pojednaniem, które nie miało możliwości autentyczne wejść ani w polskie ani ukraińskie społeczeństwo. Ta zmiana, która nastąpiła była nieunikniona, jeśli Polska ma być krajem zachowującym tożsamość – konkluduje profesor.

„Państwo polskie przestaje być państwem nijakim”
Zdaniem rozmówcy portalu DoRzeczy.pl, polska dyplomacja na wschodzie była dotychczas pochodną polityki Stanów Zjednoczonych. – W tym obszarze byliśmy bardzo mało suwerennym krajem. Kolejni ministrowie spraw zagranicznych to urzędnicy, którzy koordynują swoje działania z polityką USA – mówi profesor. Wskazując na polską dyplomację na Ukrainie, historyk mówi o obecnym ambasadorze Polski na Ukrainie (Jan Piekło – red.), którego aktywność w kluczowych dla Polski i Polaków sprawach trudno zauważyć.
Włodzimierz Osadczy przewiduje, że także w tym aspekcie powinno się coś zmienić. – Spodziewam się, że w tej materii nastąpią zmiany, bo trudno już ich dziś uniknąć. Widzimy, że wizja sojuszu polsko-ukraińskiego opartego na nijakości państwa polskiego i radykalizacji państwa ukraińskiego legła w gruzach. Państwo polskie przestaje być państwem nijakim i zaczyna być coraz bardziej polskim – podkreśla prof. Osadczy.

Uzdrowić relacje z Ukrainą
Na pytanie, czy przyjęcie nowelizacji ustawy o IPN spowoduje pogorszenie i tak trudnych już stosunków z Kijowem, prof. Osadczy wskazuje, że „relacje polsko-ukraińskie od dłuższego czasu były relacjami chorymi. – Państwo polskie patrzyło na Ukrainę jak na państwo specjalnej troski, przymykało oczy na różne sprawy ważne dla siebie, wyciągało rękę i realizowało różnego rodzaju wsparcie nic w zamian nie oczekując, a czasem nawet tracąc. Partner przyzwyczaił się do tego – tłumaczy rozmówca DoRzeczy.pl. – Uważam, że w tej sytuacji państwo polskie powinno zachować dostojeństwo i godność, powinno przedstawić partnerom ukraińskim swoje oczekiwania i wskazać że pewnego rodzaju zachowania nie będą tolerowane przez państwo polskie. Dyplomacja wymaga też stanowczości i ta stanowczość pomaga uzdrowić relacje – dodaje.

Przywrócić pamięć
Obecną sytuację Polska powinna – zdaniem profesora Osadczego – wykorzystać do naprawienia błędu ostatnich dziesięcioleci, polegającego na wyrzeczeniu się pamięci o Polakach pomordowanych przez ukraińskich nacjonalistów.
– Na społeczeństwie polskim jako jedynym prawdopodobnie na skalę całego globu ciąży olbrzymie zaniedbanie: tj. zapomnienie o losie, ale też i obowiązku względem tych 130 tys. ofiar ludobójstwa. Mówi się, że wojna się nie kończy dopóty, dopóki nie zostaną pogrzebane szczątki ostatniej ofiary. Tu mamy nie jedną, nie dwie i nie dziesięć ofiar, ale potworny apokaliptyczny obraz – mówi historyk. – Jeżeli naród dopuszcza się takiego zaniedbania i czyni to jeszcze z premedytacją, w myśl twierdzenia „celowo nie grzebię swoich krewnych i jeszcze czerpię z tego jakieś korzyści”, upadla się jako wspólna i upadla się w oczach innych. Nie ma innego rozwiązania niż wrócić do pamięci i realizować te obowiązki –dodaje.
– Prawda jest też taka, że z silnymi się liczą. Myślę więc, że Polska poprzez przyjęcie ustawy o IPN-ie dała sygnał, że jest państwem z którym się trzeba liczyć – kwituje Włodzimierz Osadczy”.

Pod tym artykułem ukazało się wiele komentarzy. Oto niektóre z nich:

solozzo
Banderowska, budowana na wrogiej Polsce ideologii i odwołująca się do formacji odpowiedzialnych za bestialskie ludobójstwo na Polakach Ukraina nie jest dla Polski wiarygodnym ani pożądanym partnerem. Zatem wszelkie poważne relacje Polski z banderowską Ukrainą są zbędne ponieważ dopóki Ukraina będzie banderowska i tak będzie w konflikcie z Rosją i chcąc nie chcąc będzie stanowić bufor dla Polski, bez jakiegokolwiek jej zaangażowania. Jeśli natomiast Ukraina w przekonujący sposób zeszłaby z drogi banderyzmu, wtedy nawiązanie bliższych relacji byłyby wskazane a nawet konieczne, żeby taki stan rzeczy utrzymać.
Gałaman Ten pan twierdzi, że Polska ma być zakładnikiem środowisk kresowych, które chcą prawdy o Wołyniu. Włos się jeży czytając te głupoty. Odkąd to obecne interesy państwa i przyszłość następnych pokoleń ma zależeć od poglądów garstki emerytów. Te poglądy są często urojeniami w rodzaju zgodnego polsko-ukraińskiego współżycia na Kresach. Nie chcą oczywiście pamiętać o pacyfikacjach ukraińskich wiosek przed wojną przez polską policję, łącznie z rozbieraniem cerkwi.
Byly sympatyk PO
"Ten pan twierdzi, że Polska ma być zakładnikiem środowisk kresowych ..."
Nigdzie takie slowa nie padly.
Pan profesor Osadczy powiedzial natomiast:
"Naród to przecież wspólnota zjednoczona wokół pamięci, wokół historii".
Twoj przekret to typowa reakcja czlowieka ktory czyta GW.
Mozg przemienia sie w przejrzalego banana.
Oczywiscie demokratyczna, niezalezna od Rosji i prosperjuaca Ukraina jest w interesie Polski.
Ale w rzeczywistosci kraj ten zamienia sie autorytarny, proto faszystowskie panswto ktore moze stac sie niebezpiecznym narzedziem w rekach Rosji.
Konserwatysta
Bardzo ciekawe i mądre podejście profesora Osadczego do naszych relacji z Ukrainą. Wydaje się że obecny kryzys może być początkiem oczyszczania i uzdrawiania naszych relacji z sąsiadem. Nasze stosunki z Ukrainą powinny być budowane na prawdzie. Wtedy będziemy mieć prawdziwego sojusznika.
suweren
Armia zielonych ukraińskich ludzików w Polsce tylko czeka na sygnał. Albo od Niemca albo od sowieta.
Zwróćcie uwagę jak Ukraińcy zaczęli nas kąsać po ostatnim konflikcie z żydami.
PIS jest w ślepej uliczce bo wg nich import ukrów i ukrainizacja Polski cały czas były OK.
Konserwa
Obóz w Treblince. Obsada 60 Niemców i 185 Ukraińców.
Obóz w Sobiborze.Obsada 60 Niemców i 250 Ukraińców.
Szkołę Ukrainische SS Wachmanschaft w Trawnikach pod Lublinem ukończyło 15 tys. Ukraińców.
W różnych formacjach niemieckich w czasie II WŚ aktywnie służyło 310 tys. Ukraińców.
Ukraińcy brali udział w tłumieniu Powstania Warszawskiego i wyróżnili się wyjątkowym okrucieństwem. Koniec dyskusji!!!
Ryszard
Doktryna Giedroycia umarła, ale dużo ludzi z propagowania jej żyje (Romaszewska, Gosiewska, Przełomiec) bo nic innego nie umie. Inni propagują ze względu na powiązania narodowościowe jak np.Paweł Kowal. Inni jeszcze jak Szczerski bo ciężko się przyznać że się myliło.
Andrzej
Za doktryną Giedroycia stoi pewna koncepcja intelektualna, która w danych okolicznościach może być prawidłowa lub może być błędna. Niewątpliwie podstawą dobrych stosunków jest prawda - dopóki na Ukrainie tego nie zrozumieją, to te relacje będą powierzchowne, a przez to słabe.
Ukraina ma zresztą poważny problem - odradzanie się banderyzmu skutecznie blokuje Ukrainie drogą do UE. Rosyjska agentura znalazła cudowne narzędzie, wcześniej swoimi ludźmi próbowała zablokować relacje z UE co spowodowało bunt i Majdan, a natomiast dzięki banderyzmowi Rosja będzie skutecznie izolowała Ukrainę.

……………….

Trochę wcześniej, bo 4 listopada 2017 roku w „DoRzeczy” ukazał się inny, równie ważny artykuł Anny M. Piotrowskiej o fiasku polskiej polityki wschodniej Jerzego Giedroycia:

Kult zbrodniarzy na Ukrainie. Fiasko polskiej polityki wschodniej

Wyrzekliśmy się polskości Kresów Wschodnich, ofiary ludobójstwa na Wołyniu skazaliśmy na zapomnienie. Co z tego mamy? Ukrainę czczącą zbrodniarzy z UPA, brak jej poszanowania dla polskiej wrażliwości historycznej i zakaz przeprowadzenia ekshumacji. Czas zrozumieć, że nie da się zbudować dobrych relacji z Ukrainą na kłamstwie, przemilczeniach i tak daleko idącej asymetrii.
Lata milczenia w imię „nadrzędnego interesu” na temat rzezi wołyńskiej i budowania tożsamości współczesnej Ukrainy na kulcie zbrodniczego nacjonalizmu przynoszą konkretne efekty. Jakie to efekty?
Otóż wspierany przez nas na wielu polach sąsiad pozostaje jedynym krajem, na terenie którego Polacy nie mogą prowadzić ekshumacji i upamiętniać swoich pomordowanych rodaków. „Chcecie ekshumacji? Odbudujcie pomnik UPA w Hruszowicach na Podkarpaciu” – usłyszeli przed kilkoma dniami wicepremier Piotr Gliński i wiceprezes IPN Krzysztof Szwagrzyk. Na tym jednak nie koniec. W ostatnich dniach były prezydent Ukrainy Wiktor Juszczenko uważany przez Lecha Kaczyńskiego za wielkiego przyjaciela Polski porównał Armię Krajową do Ukraińskiej Armii Powstańczej, Józefa Piłsudskiego do Stepana Bandery, zaś szef ukraińskiego IPN Wołodymyr Wiatrowycz oskarżył Polskę o „imperialne zapędy”. Wszystko to wydarzyło się w niespełna dwa miesiące po tym, jak polski rząd ugiął się pod presją Kijowa wycofując własną, złożoną obywatelom Polski propozycję zakładającą umieszczenie motywu Cmentarza Obrońców Lwowa na paszporcie projektowanym na setną rocznicę odzyskania niepodległości.

Zdziwieni?
Czy zachowanie Ukraińców może dziś kogoś dziwić? Jeśli tak, to chyba jedynie czołowych przedstawicieli polskiej elity politycznej rządzącej Polską po 1989 roku.
Ledwie kilka miesięcy temu, wielki kat Polaków naczelny dowódca Ukraińskiej Powstańczej Armii Roman Szuchewycz odpowiedzialny za ludobójstwo na Wołyniu został patronem jednej z kijowskich ulic. Na próżno szukać protestów polskich władz, podobnych ze zgłaszanymi przez stronę ukraińską w kwestii paszportów. A przecież ulica Szuchewycza nie była przypadkiem jednostkowym, tylko przemyślaną i konsekwentnie realizowaną od lat koncepcją budowania tożsamości Ukrainy na tradycji zbrodniczego „czynnego” nacjonalizmu Dmytro Doncowa wdrożonego w życie z iście aptekarską precyzją przez fanatyków z UWO, OUN i UPA. Ideologii, sprowadzającej społeczeństwo ludzkie do roli świata zwierzęcego, której kwintesencję można zamknąć w niniejszych słowach jej autora:
„Utwierdzanie prawa do życia, przedłużania rodu – ma charakter aksjomatyczny, wyprzedza wszystkie inne prawa. To wieczne, irracjonalne prawo narodu do życia należy postawić ponad wszystko (…) ponad życie jednej jednostki, ponad krew i śmierć tysięcy, ponad dobrobyt danej generacji, ponad abstrakcyjne rozumowe spekulacje, ponad »ogólnoludzką« etykę, ponad stworzone w sposób oderwany pojęcia dobra i zła”.
Co ważne, kult ten nie jest domeną marginalnych organizacji i ruchów nacjonalistycznych, ale oficjalną polityką państwa ukraińskiego aspirującego do Unii Europejskiej. Przez lata upamiętnienia doczekali się nie tylko Stepan Bandera (któremu Wiktor Juszczenko nadał tytuł Bohatera Ukrainy) czy Dmytro Klaczkiwski, ale także Dywizja „SS-Galizien” („Hałyczyna”), której członkowie mieli na rękach krew setek Polaków z Huty Pieniackiej, Podkarmienia czy Palikowy, a którym na Cmentarzu Łyczakowskim postawiono monument. Jak zauważa w jednej ze swoich publikacji prof. Bogumił Grott, jest to bodaj jedyny w Europie pomnik postawiony na chwałę SS-manów.

Pustka ideologiczna
O powodach obrania takiego kursu przez naszych sąsiadów, pisał w książce poświęconej Ukrainie profesor Włodzimierz Pawluczuk: "Nie byłoby jednak niepodległej Ukrainy, nie byłoby historii narodu ukraińskiego jako narodu politycznego, walczącego o pełną niepodległość, gdyby nie nacjonalizm, gdyby nie UPA, gdyby nie narodowy fanatyzm jednostek opętanych szaleńczą ideą stworzenia z amorficznej ruskiej masy bitnego, znaczącego dziejowo narodu”.
Profesor Pawluczuk ocenił wprost, że „gdyby wykreślić z dziejów Ukrainy zawartość ideową i działalność nacjonalistów, w tym przede wszystkim UPA, to kultura i historia Ukrainy nie zawiera treści, które by dawały szanse na legitymizację pełnej niepodległości tego kraju”.

Zmowa milczenia
Znamienne, że wypełnianie tej pustki ideologicznej na fundamencie – bądź co bądź – antypolskim, odbywało się przy cichym przyzwoleniu Polski. Przez całą III RP nie było jasnego sprzeciwu polskich władz wobec czczenia przez Ukrainę zbrodniarzy. Co więcej – aby nie drażnić sąsiada – wyrzekliśmy się nie tylko pamięci o Kresach, ale i upominania się prawdy o bestialsko pomordowanych przez UPA. Lata całe jak ognia unikano słowa „ludobójstwo” w odniesieniu do zbrodni dokonanej na obywatelach II Rzeczpospolitej. Przypomnijmy tu choćby batalie środowisk kresowych o jakiekolwiek upamiętnienie ofiar rzezi wołyńskiej przez polski Sejm.
Ta swoista zmowa milczenia przybrała na sile w czasie Majdanu na Ukrainie i w pierwszym okresie wojny z Rosją w jej wschodniej części. Czołowi polscy politycy wszelkich opcji za cel nadrzędny uznali wówczas wspieranie sąsiada w obliczu rosyjskiej agresji i bez większych refleksji spoglądali na powiewające dumnie na kijowskim placu czerwono-czarne flagi wznosząc pozdrowienie ukraińskich nacjonalistów „Слава Україні! Героям слава!” (sic!). Przekonywano nas wówczas, że walka o niepodległość Ukrainy jest walką o nasze bezpieczeństwo, bo także my jesteśmy zagrożeni imperialnymi dążeniami Moskwy, a wszystkich niezgadzających się z tą diagnozą bądź sposobem jej realizacji lekką ręką spychano do roli „ruskich agentów”.
To tabu udało się w pewien sposób przełamać w lipcu ubiegłego roku, kiedy Sejm podjął uchwałę ustanawiającą 11 lipca Narodowym Dniem Pamięci Ofiar Ludobójstwa dokonanego przez ukraińskich nacjonalistów na obywatelach II RP. Uchwała o takiej treści nie była jednak oczywista dla wszystkich. Niedługo przed jej podjęciem, wiceminister kultury Jarosław Selin z sejmowej mównicy próbował rozmyć ukraińską odpowiedzialność za zbrodnię wołyńską, wskazując jako głównych jej winowajców Sowietów i proponując ustanowienie dnia pamięci męczeństwa Polaków na Wschodzie na 17 września (sic!). Znamienne, że powiedział to przedstawiciel formacji, której nie brakuje determinacji do walki z haniebnym określeniem „polskie obozy śmierci” i rozpoczynania płomiennej dyskusji o reparacjach od Niemiec.
O tym, że w Polsce dokonała się tylko częściowa zmiana w podejściu do ukraińskiego nacjonalizmu świadczy wciąż nieprzyjęty projekt ustawy złożony w Sejmie w ubiegłym roku przez klub Kukiz15 zakazujący propagowania w Polsce banderyzmu i podważania zbrodni ludobójstwa na Wołyniu. Nie ma wśród rządzącej większości woli, aby zakazać symboli związanych z ukraińskim nacjonalizmem, którego główny (i w zasadzie jedyny) ideolog wprost nawiązywał do takich postaci jak Mussolini, Stalin i Hitler. Jak słusznie zauważył dr Wiktor Poliszczuk, od nazizmu i bolszewizmu różni się on tym, że po upadku rządów tych dwóch ostatnich ideologie i praktyki polityczne zostały potępione, „zaś nacjonalizm ukraiński do dziś gloryfikuje swą działalność zarówno w okresie międzywojennym, jak i w czasie okupacji hitlerowskiej, domaga się praw kombatanckich dla członków UPA”.

Mit Giedroycia wiecznie żywy
Jakie są przyczyny realizacji takiej właśnie polityki wobec Ukrainy przez polskie władze? Ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski wskazuje na trzy główne powody, które pozostają niezmiennie od 25 lat. - Po pierwsze, to mit Giedroycia, który jest już karykaturą. Giedroyć 40 lat temu napisał, że najważniejszy jest sojusz Polski z Białorusią, Litwą i Ukrainą i że trzeba poświęcić pewne sprawy dla dobra tego sojuszu, zrezygnować z roszczeń terytorialnych, ale też poświęcić Kresy – hasło „zapomnij o Kresach”. I wszystkie kolejne ekipy – Unii Wolności, Platformy, teraz PiS-u – odwołują się do tego, jak do świętej księgi. A przez te 40 lat już się świat przewrócił kilka razu do góry nogami i ta doktryna jest już absolutnie nieaktualna – wskazuje duchowny.
Drugi powód wskazany przez ks. Isakowicza-Zaleskiego to „ogromna rusofobia”. – PiS uważa – moim zdaniem słusznie – że Rosja jest zagrożeniem, ale przyjmuje także zasadę, że wróg mojego wroga jest moim przyjacielem. To jest fałszywa zasada, bo o ile Rosja jest zagrożeniem, tak wcale nie oznacza to, że ten kto jest antyrosyjski jest jednocześnie propolski. Skutkuje to tym, że wspiera się banderowców licząc na to, że - skoro są przeciwko Rosji - będą przyjaciółmi Polski. To jest jednak kompletne pomylenie, bo ruch banderowski był zawsze antyrosyjski, ale też antypolski, antysemicki i proniemiecki. Dla nich najważniejszym sojusznikiem zawsze są Niemcy, a nie Polska – tłumaczy.
Warto zwrócić uwagę, że także strona ukraińska w swojej retoryce dotyczącej rzezi wołyńskiej, oprócz próby zrównywania katów z ofiarami, sięga po argumenty antyrosyjskie (czyżby wyczuwając nastroje polskiej klasy politycznej?). Ledwie w ubiegłym roku Wołodymyr Wiatrowycz przekonywał, że w Polsce temat Wołynia jest upolityczniony i wykorzystuje to rosyjska propaganda. Także wcześniej pojawiały się głosy ze strony Ukraińców, że „zbrodniarza” i „satelitę” Adolfa Hitlera uczyniła ze Stepana Bandery komunistyczna propaganda, której celem było skłócenie Ukraińców z Polakami i Rosjanami.
Trzecią przyczyną takiego stanu rzeczy jest – zdaniem duchownego – „kompletny brak zrozumienia Kresów Wschodnich”. – Warszawka i Krakówek, czyli środowiska polityczne krakowsko-warszawsko-gdańskie - zupełnie nie rozumieją zjawisk, które dzieją się na Ukrainie – podkreśla duchowny, przypominając uhonorowanie Wiktora Juszczenki przez Katolicki Uniwersytet Lubelski tytułem doktora honoris causa. – Niby mówiono tam o Unii Lubelskiej, ale ona nie jest ani dla Ukraińców ani Białorusinów niczym pozytywnym. To jest mitomaństwo – ocenia.
Ks. Isakowicz-Zaleski dodaje, że w przypadku obecnej władzy istotny jest także czynnik prowadzonej przez nią polityki skrajnie proamerykańskiej.

W relacjach polsko-ukraińskich doszliśmy do ściany
Dziś, jak chyba nigdy wcześniej, widać fiasko polskiej polityki wschodniej. Okazuje się, że z udzielanego Ukrainie wsparcia m.in. finansowego i uległości w imię dobrych stosunków, Polska nie ma właściwie nic. – W relacjach polsko-ukraińskich doszliśmy do ściany. Już dalej nie ma nic. Na tym etapie zostały położone relacje z Ukrainą, która nas nie szanuje, łatwo bierze pieniądze, ma co chce, a równocześnie nie wyraża zgody na najdrobniejsze rzeczy. Dziś już nie mają argumentów prezydent Andrzej Duda czy minister Waszczykowski. To jest fiasko tej polityki. Ostatnie 10-15 lat zostało zmarnowanych kompletnie. O ile początkowo wydawało się że nastąpi jakaś zmiana, była na to nadzieja (...), to w 2007 roku, za prezydentury Wiktora Juszczenki rozpoczęła się gwałtowna gloryfikacja UPA przy absolutnej obojętności Lecha Kaczyńskiego, który pierwszy popełniał te błędy, a później to już szło po równi pochyłej – mówi ks. Isakowicz-Zaleski.
Po latach uprawiania polityki na kolanach, którą sprowadzić można do stwierdzenia „plują nam w twarz a my udajemy, że deszcz pada”, minister Witold Waszczykowski zdaje się okazywać dziś zdziwienie zachowaniem Ukraińców i zapowiada stanowcze działania. Panie ministrze, nie ma co się dziwić. To tylko efekt działań waszego obozu i waszych poprzedników, a Ukraińcy robią dokładnie to, do czego ich przyzwyczailiście (bo robili to przez wiele lat) i na co pozwalaliście.
Doszliśmy do momentu, w którym okazuje się, że „ruscy agenci”, którzy przestrzegali przed "flirtem" z banderowcami mieli rację, a giedroyciowcy dziwnie zamilkli.

………….

Marian Kałuski
(Nr 174)

Wersja do druku

Marian Kaluski - 24.03.18 3:44
Nic dodać, nic ująć.
Szkoda, że czytelnicy KWORUM tak mało interesują się wschodnią polityką Polski, która nie jest w polskim interesie narodowym.
Wybiórczy patriotyzm czy lojalność wobec partii?
Marian Kałuski

Aaron Waxmann - 22.03.18 12:18
Z jednym się zgodzę co do Giedrojcia i jego propagandy. Po latach okazało się, że suflowana przez Giedrojcia polityka wschodnia i stosunek do strategicznych interesów Polski okazał się fiaskiem. Nawet teraz to co robi PiS w kwestiach polityki wschodniej nie można tego nazwać polityka zgodną z polską racją stanu. Przymykanie oczu na banderowskie pohukiwania władz Ukrainy oraz wożenie na Ukrainę miliardów przez prezydenta Dudę praktycznie niezwrotnych pożyczek niczego dobrego nie wróży na przyszłość. Ostatnie przymilania się władz litewskich nie mogą zmienić ogólnie negatywnego obrazu tej polityki naszych władz.

Strategicznie swoją partię rozgrywają tutaj Rosja oraz USA, które zainwestowały w Majdan ok 4 mld$ i obsadziły rządy na Ukrainie swoimi agentami z Izraela i USA. Prezydent Ukrainy Poroszenko, Waltzman po ojcu i premier Ukrainy Hrojsman są z pochodzenia Żydami. Przywódcą Prawego Sektora, największego ugrupowania w parlamencie, związanego z Izraelem a właściwie z Mosadem jest Andrij Parubij - Przewodniczący Rady Najwyższej Ukrainy.
Prawy Sektor to m.in. antypolscy banderowcy i nacjonaliści. Dlaczego Żydzi objęli władzę na Ukrainie jest tylko tajemnicą poliszynela?
Ukraina stałą się terenem wpływów amerykańskich, rosyjskich i izraelskich.
Polacy nie są dopuszczani do tej rozgrywki, gdyż nie pozwalają na to Izrael i USA. Ukraińcy nie mają tu nic do gadania.

Wszystkich komentarzy: (2)   

Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami naszych Czytelników. Gazeta Internetowa KWORUM nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

23 Października 1947 roku
Urodził się Kazimierz Deyna, czołowy piłkarz polskiej reprezentacji. Zmarł tragicznie w 1989 roku.


23 Października 2002 roku
Terroryści czeczeńscy zajęli moskiewski teatr na Dubrowce, biorąc około 700 zakładników.


Zobacz więcej