Wtorek 17 Lipca 2018r. - 198 dz. roku,  Imieniny: Aleksego, Bogdana, Martyny

| Strona główna | | Mapa serwisu 

dodano: 25.06.18 - 14:28     Czytano: [41]

Dział: Oko Cyklopa

EPILOG (1)



OKO CYKLOPA

Sławomir M. Kozak
































Aniutkowi poświęcam…

........................................................................................







"Musicie dużo czytać. By poznać prawdę. By dostrzec korzenie zła."
(Abp. Marcel Lefebvre)



Kiedy napisałem poprzednią książkę, zatytułowaną „Operacja Dwie Wieże”, sądziłem, że wyczerpałem temat. Ale on wraca, przypomina o sobie i cały czas domaga się pamięci.

O takiej tragedii nie da się napisać wszystkiego. Nie da się przelać na karty tysięcy nawet książek choćby ułamka cierpień, dramatów, utraconych nadziei. Bo to jest niewykonalne. Ale zdałem sobie sprawę, że w pierwszej mojej próbie zmierzenia się z tym tematem pominąłem wiele wątków, które przecież mogłem poruszyć. Bo one są w zasięgu ręki, komputera i możliwości. Czytelnicy „Operacji Dwie Wieże” zadawali mi często pytanie dlaczego nie wyjaśniłem choćby tych historii, o których tyle mówiłem, a które nie znalazły się na jej stronach. O wielu sprawach napisałem pobieżnie, niektóre pominąłem zupełnie, wielu nie rozwinąłem. Sam się z tym pytaniem zderzyłem po przeczytaniu pierwszego wydrukowanego egzemplarza. Na etapie pisania nie widzi się całości. Nie wtedy, kiedy jest to pierwsza własnoręcznie napisana książka. Piszącemu wydaje się, że pewnych rzeczy nie trzeba tłumaczyć, że są to zagadnienia tak znane i oczywiste, iż szkoda na nie czasu i papieru. A jednak to błąd. To tylko w głowie autora widnieje całość wiedzy, którą na dany temat posiadł. Czytelnik dostaje tylko to, co jest zapisane na kartkach książki. Dlatego parę osób mówiło mi o pewnym niedosycie, o braku rozwinięcia i pójścia za ciosem. Oto odpowiedź na pytanie dlaczego powstała książka, którą macie Państwo w ręku.

Jest i kolejny powód, może nawet ważniejszy. Otóż mój kolega, po przeczytaniu pierwszej pozycji, zarzucił mi, że niepotrzebnie „wrzuciłem” do niej tematy nie związane z meritum zamachów. Starał się przekonać mnie, że gdyby ich nie było, to książka sprzedawałaby się lepiej, chętniej sięgali by po nią ludzie, dla których wycieczki historyczne czy polityczne książkę tę dyskredytują. Odbierają jej walor dokumentu i zniechęcają. Muszę powiedzieć, że wyniki sprzedaży przeczą tej tezie. Jednak oceniając naszą rozmowę z perspektywy czasu dochodzę do wniosku, że moje argumenty nie przekonały kolegi. Chcę zatem powiedzieć jasno i wyraźnie wszystkim, którzy postawią tej książce podobne zarzuty. Ta książka miała być taka, jaka jest. Miała mówić o zamachach w sposób, w jaki je postrzegam. Miała pokazać ich rzeczywistych sprawców. A odwoływanie się do historii i polityki nie jest niczym innym, jak właśnie ukazywaniem tych sprawców. I ich motywów. W przyrodzie nic nie dzieje się bez powodu. W polityce również. I nic nie dzieje się samo. Jak mawiał mój, Świętej Pamięci instruktor Jacek Ceceruk, samo to się tylko błyska i grzmi! Gdybym pisał jedynie o sprawach, które przeciętnie wykształcony człowiek może znaleźć sam w Internecie, sprzeniewierzyłbym się zasadzie prawdy. Gdyby powstawały tylko takie książki, dziś nikt nie wiedziałby nic o naszej historii. Bo historia wcale nie jest ładna, lekka i przyjemna. Nie zawsze. Nie pokazuje świata takim, jakim chcielibyśmy go widzieć. Pokazuje świat takim, jakim z woli naszych przodków jest obecnie. Nie można napisać książki o wygranej II Wojnie Światowej nie pisząc o Katyniu, dzieciach Zamojszczyzny, Powstaniu Warszawskim, eksterminacji Polaków w niemieckich obozach koncentracyjnych czy z rąk ukraińskich riezunów. Kto sądzi inaczej, powinien tylko i wyłącznie oglądać komedie wojenne lub inne bzdurne historie w rodzaju filmów o amerykańskim udziale w rozszyfrowaniu Enigmy.

Tych pojęć nie da się oddzielić. To, jakby tłumaczyć wynik równania z dwiema niewiadomymi nie zaczynając od nauki dodawania. Podobnie z innymi uwagami. Mówienie, że od faktów należy odseparować religię jest gaworzeniem niemowlęcia. Cała Historia to jest religia, spleciona z polityką, walką o wpływy, o pieniądze.

Ameryka dzisiejsza jest zupełnie inną Ameryką niż ta, jaką była jeszcze ćwierć wieku temu. Tymczasem w naszej świadomości nadal pokutuje jej wizerunek z czasów, kiedy stęsknionym wzrokiem wyobraźni spoglądaliśmy za ocean mając nadzieję, że kiedyś los pozwoli nam jej dotknąć. Da szansę odnaleźć naszą własną, prywatną Amerykę. Była ona dla nas uosobieniem szczęścia, wolności i wszelkiego dobrobytu. Kiedy runęły wieże WTC, świat zatrząsł się w posadach. Ludzie odebrali ten cios osobiście. Bo też był to normalny, ludzki odruch. Lecz kiedy sceptycy zaczęli powątpiewać w oficjalną wersję wydarzeń, niewielu potrafiło to zrozumieć. U podstaw tego zjawiska nie leżała, jak sądzę, jakaś szczególna niechęć do spiskowych teorii, a po prostu brak wiary w to, że przedstawiciele rządu mogli się okazać zdrajcami własnego narodu. Co ciekawe, przeczyli tej koncepcji również ci sami ludzie, którzy w swoim życiu doświadczyli już kłamstw i zbrodni władzy wobec własnego społeczeństwa. Tak, jak Polacy, których przywódcy z obcego nadania więzili i mordowali nie kryjąc tego nawet przed światem. Wiedzieliśmy. Tak było w Polsce, na Węgrzech, Bułgarii, Rumunii, NRD i wszystkich innych krajach socjalizmu, w których panowała dla dobra swych obywateli „władza ludu”. Ale Ameryka? Nie do pomyślenia. Owszem bito murzynów, co w szkolnych czytankach przypominał wszystkim polskim dzieciom kochany murzynek Bambo, ale… Sowiecka propaganda, walka ze zgniłym kapitalizmem, wyzyskiem klasy pracującej i tak dalej. Ameryka, to był raj. I rzeczą nie do pomyślenia było, żeby w tym pięknym, miodem płynącym, ogromnym kraju mogły się dziać takie historie. A jednak.

Włączając do tej pracy zagadnienia, wydawać by się mogło bez związku z głównym jej tematem, jakim nadal pozostaje dzień 11 września, chciałem pokazać, że mogły się dziać takie rzeczy. Działy się i dzieją się nadal. Bo zło nie jest przypisane do konkretnego kraju czy szczególnych czasów. Zło czai się wszędzie tam, gdzie istnieją ludzie żądni władzy, sławy i pieniędzy. Celowo pokazałem, że amerykańskim przywódcom nieobce było w przeszłości oszukiwanie własnego narodu i wysyłanie na śmierć własnych obywateli. Mało tego, dzisiaj nie jest lepiej. Wręcz przeciwnie. Wysyp różnego rodzaju zboczeń, jak pederastia, pedofilia, powszechność narkotyków, zbrodnicze eksperymenty i zabójstwa dawno już pokonały barierę celuloidowego Hollywood i wpełzły do amerykańskich domów. Pogwałciły święte twierdze amerykańskiej prywatności i dławią tradycyjną amerykańską wolność. Jest jednak dalece gorzej, bo w świecie w którym byle aktorzyna, gwiazdka porno czy pieśniarka jednego sezonu, zarabiają dziesiątki milionów, prawdziwi decydenci mają miliardy. Im nie wystarcza już pogoń za pieniądzem samym w sobie. Zaczynają wprowadzać w życie marzenia o zniewoleniu całych krajów, regionów i kontynentów. Dążą do objęcia swymi wpływami całego świata. I niezależnie od tego, czy jest to realizacja upiornych celów masonerii, syjonistów, czy żądnych władzy klanów bankierskich rodzin, cel jest przerażający. Bo dążenie do jego realizacji może się dokonać tylko przy pomocy kolejnych wojen, tragedii, łez, krwi i morza cierpień. Bo jeszcze nikt nigdy nie zarobił szybkich fortun na pokoju, a wojna to gigantyczny pieniądz. Z kolei ten pieniądz jest coraz bardziej wirtualny i nijak nie przekłada się na realną wartość, a wąż lichwy zaczyna pożerać własny ogon. I dlatego pewnej grupie ludzi, wojny i zamieszki potrzebne są do życia, jak tlen. Podobno od chwili zakończenia ostatniej wojny światowej nie było jednego dnia, by gdzieś na kuli ziemskiej nie toczyła się jakaś bitwa. I jeśli w jakimś regionie cichły strzały, starano się zawsze by w innym odzywały się kolejne. Tak już jest.

Dlatego właśnie 11 września 2001 roku, pod bokiem najdoskonalszej technicznie armii świata kilka samolotów zburzyło symbol międzynarodowego handlu siejąc zniszczenie i śmierć. Dlatego uderzono w Pentagon. Uderzono w Amerykę i świat. Gdyby ktokolwiek chciał Amerykę zniszczyć naprawdę, uderzyłby w reaktory jądrowe, które świeciły odsłoniętymi podbrzuszami. Każdy wróg Ameryki, na tyle zdeterminowany by przeprowadzić tak skomplikowaną operację, zadałby cios śmiertelny. Tymczasem cios wymierzony Ameryce i światu 11 września miał być tylko uderzeniem zaczepnym. Pobudzającym do walki. I spełnił w stu procentach oczekiwania tych, którzy go wyprowadzili.

Mniej istotne jest poznanie szczegółów tej niezwykle złożonej i skomplikowanej logistycznie operacji. Dziś wiemy już, że była to precyzyjna operacja. Mało tego, wiemy nawet jaką nadano jej nazwę. Sprawcom tej tragedii nie brakowało swoistego poczucia humoru. Nazwali ją bowiem „Operacja Wielkie Wesele” (Big Wedding). Może w swych chorych umysłach widzieli rodzaj małżeńskiego węzła, którym złączą Amerykę z innym państwem lub resztą świata na wieki. Miejmy nadzieję, że związek ten się rozpadnie. Na zasadzie non consumatum(1). Z pewnością warto byłoby się przekonać o słuszności podejrzeń i szczegółach zastosowanych w tej operacji rozwiązań, ale tego dowiedzą się dopiero nasze wnuki. Ich to jednak nie będzie już pasjonowało. Będą żyły w świecie, będącym wypadkową tych wrześniowych zdarzeń, jednak bez wpływu na zastaną sytuację. Tak, jak nikogo już dziś nie podrywa do działań odwetowych odkrycie szczegółów operacji „Himmler”, „Northwoods” czy „Gladio”.

1.- "Non consumatum" stosuje się wówczas, gdy małżeństwo zostało zawarte ważnie, ale jest niedopełnione. Wtedy papież osobiście może udzielić dyspensy na zawarcie nowego małżeństwa.

CDN

Wersja do druku

Pod tym artykułem nie ma jeszcze komentarzy... Dodaj własny!

17 Lipca 1936 roku
Wybuch wojny domowej w Hiszpanii.


17 Lipca 1916 roku
Urodził się Aleksander Gieysztor, polski historyk mediewista, odznaczony Orderem Orła Białego (zm. 1999)


Zobacz więcej