Czwartek 3 Grudnia 2020r. - 338 dz. roku,  Imieniny: Hilarego, Franciszki, Ksawery

| Strona główna | | Mapa serwisu 

dodano: 07.11.20 - 21:23     Czytano: [464]

Wspomnienia Elżbiety Szczepańskiej



Australijskie wspomnienia Elżbiety Szczepańskiej, czyli Polacy w Australii w ciemnym zwierciadle

W 2009 roku w Wydawnictwie Replika w Polsce ukazały się wspomnienia Elżbiety Anny Szczepańskiej pt. Zanim wybaczę. Pamiętnik walki i zdrady.

W Internetowej Encyklopedii Solidarności czytamy, że Elżbieta Szczepańska urodziła się 8 czerwca 1951 w Sosnowcu, ukończyła psychologię na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach i w latach 1974-81 była pracownikiem naukowo-dydaktycznym w Wyższej Szkole Wychowania Fizycznego w Katowicach (od 1980 AWF). Od października 1980 była członkiem „Solidarności”, współorganizatorką Komitetu Założycielskiego na AWF w Katowicach, następnie przewodniczącą KZ, współinicjatorką powołania NZS na uczelni; XI 1980 – III 1981 oddelegowana do pracy związkowej w MKZ Katowice, prowadziła Dział Interwencji, uczestniczka rozmów MKZ z komisją rządową ws. realizacji Porozumienia Katowickiego; w 1981 współzałożycielka Regionalnego KOWzP w Katowicach, członek Akademickiej Górnośląskiej Komisji Porozumiewawczej Nauki. W VII i XII delegat na I i II WZD (Województwa Katowickiego) Regionu Śląsko-Dąbrowskiego. Po wprowadzeniu stanu wojennego przez reżym komunistyczny 13 XII 1981 internowana w Ośrodkach Odosobnienia w Jastrzębiu-Szerokiej, Sosnowcu, Katowicach i Darłówku. Zwolniona 6 III 1982, w latach 1982-1985 kolporterka prasy podziemnej oraz książek wydawnictwa NOWa; 1982-1987 współpracowniczka RKK oraz RKW „S” Regionu Śląsko-Dąbrowskiego. 1982-1984 kilkakrotnie skazywana przez kolegium ds. wykroczeń, 1984-1987 zatrzymywana, przesłuchiwana w WUSW Katowice, kilkukrotne rewizje mieszkania. Terror bezpieki zmusił ją w grudniu 1987 roku do emigracji do Australii. W latach 1988-95 była współpracowniczką „Tygodnika Polskiego” i redakcji polskiej Radia 3 ZZZ oraz polskiego Biura Opieki Informacji i Zatrudnienia w Melbourne. W 2005 roku współorganizatorka wystawy „Poland’s Way to Freedom” w parlamencie stanu Victoria i w 2006 akcji na rzecz lustracji środowisk polonijnych.

Wspomnienia Elżbiety Szczepańskiej obejmują cały okres jej życia. Ja zajmę się tylko ostatnim, czyli australijskim (str. 272-345), czyli najważniejszym dla nas – Polaków w Australii i historyków Polonii australijskiej.

Zacznijmy od jej uwagi znajdującej się w jej wspomnieniach z pobytu w Australii: „Dlaczego nie potrafię przymykać oczu i trzymać tej swojej mordy w przysłowiowym kuble? Wszyscy by mnie lubili i szanowali”.

Zwyciężała u niej jednak zawsze lojalność wobec prawdy i uczciwości.
Jakże to do mnie podobne!

Szczepańska z małą córką Asią przyleciała samolotem z Warszawy do Melbourne i tu mieszkała do 2006 roku, gdzie na nowo była zmuszona zorganizować sobie życie i gdzie aktywnie uczestniczyła w życiu organizacji polonijnych. Po przybyciu zamieszkała w hostelu dla emigrantów w Marybirnong, w którym przebywali także m.in. inni Polacy. Odwiedzał ich regularnie z ramienia finansowanego przez rząd australijski Biura Opieki Federacji Polskich Organizacji w Wiktorii Tadeusz Kajetański (żołnierz Powstania Warszawskiego), służąc różną pomocą. Od razu weszła również w życie Polonii melbourneńskiej. Kajetański był pierwszym jej przedstawicielem, którego poznała. Wspomina go życzliwie. Ale już nie już drugiego jej przedstawiciela – jezuitę, księdza Eugeniusza Ożoga. Poznała go w polskim kościele w Essendon, do którego zawiózł ją w najbliższą niedzielę Kajetański. Ks. Ożóg przyjął ją oschle, a nawet zachował się niegrzecznie wobec niej. Szczepańska pisze: „Jak się okazało po wielu latach ksiądz Ożóg był tajnym współpracownikiem SB o pseudonimie „Stefan”.

Ks. Ożóg nie był jedynym współpracownikiem SB, który wyjechał do Australii. On jednak nie miał nic wspólnego z „Solidarnością”, której wielu członków współpracowało z reżymową Służbą Bezpieczeństwa.

Na piąty kontynent przyjechało wielu działaczy „Solidarności”, rzekomo wygnanych z Polski w okresie stanu wojennego i, jak pisze Szczepańska, „każdy przedstawiał siebie (w Australii) jako bohatera i męczennika”. Niektórzy z nich, bardzo nieliczni może byli i bohaterami, i męczennikami, ale na pewno nie wszyscy. Wielu z nich mogło być porządnymi ludźmi, ale z Polski na pewno nie wygnał ich terror SB. Były ku temu inne powody – przede wszystkim chęć ułożenia sobie lepszego życia na Zachodzie (wielu z nich myślało, że na Zachodzie dolary leżą na ulicy i należy je sobie tylko pozbierać). Jest jednak faktem, że do Australii przybyło dużo, dużo więcej zwykłych kryminalistów niż bohaterów i męczenników „Solidarności”. Szczepańska pisze: „Pierwsi działacze „Solidarności” przejechali tutaj w 1983 roku, przed nimi na prawach uchodźców politycznych zjawili się cinkciarze, złodzieje, kombinatorzy, agenci, konfidenci, którzy z radością i ulgą przywitali wprowadzenie stanu wojennego w Polsce. Ten generalski manewr dawał im szybką i bezproblemową przepustkę na Zachód. To oni, z podrobionymi życiorysami (i dyplomami ukończenia wyższych uczelni, czym zaszkodzili później prawdziwym absolwentom szkół wyższych – m.k.), z biało-czerwonymi chorągiewkami, przywdziali szaty patriotyzmu i to im nie było na rękę pojawienie się (w Australii) jakichkolwiek internowanych (przez reżym działaczy „Solidarności”). Jak bezczelni i zarazem jakimi kryminalistami byli ci „solidarnościowi patrioci” unaocznia nam następujący fakt. Autorka wspomnień Elżbieta Szczepańska była znaną na Śląsku działaczką „Solidarności”. Na stronie 295 czytamy, że jakiś babsztyl-kryminalistka, która przybyła także do Melbourne podszyła się pod nią. I tak w Melbourne były na raz dwie Elżbiety Szczepańskie, obie urodzone tego samego dnia w tym samym roku w Sosnowcu, których ojciec miał takie samo imię – Waldemar. Kiedy wykryto jej miejsce zamieszkania, nasza Elżbieta Szczepańska udała się wraz z Krzysztofem Bieniem pod wskazany adres. A dalej to tak wyglądało: „Dzwonimy. Drzwi otworzyła szczupła, niska blondynka w okularach. Wyjaśniam przyczynę najścia, potwierdza, że nazywa się tak jak ja, ma to samo imię, nazwisko, miejsce urodzenia i imię ojca. Nie chciała pokazać dokumentów, ale powiedziała, abym przyniosła swoje, to porównamy. Rano podreptałam do niej z dzieciakiem, paszportem i odpisem aktu urodzenia. Pani blondynka po prostu zniknęła. Krzysztof nie chciał wierzyć. Poszedł ze mną do agenta. Kobieta zostawiła wszystko, uregulowała swoje finanse związane z przedterminowym zerwaniem umowy wynajmu i rozpłynęła się w australijskiej mgle”. – Na moje pytanie: dlaczego pani Szczepańska nie zgłosiła się z tą sprawą na policję, otrzymałem odpowiedź: „Może to być sprawa trudna do zrozumienia dla ludzi, którzy nie żyli w Polsce w czasach komuny i w stanie wojennym. Otóż, my NIGDY nie spodziewaliśmy się od policji (ówczesnej milicji) żadnej pomocy - przeciwnie, czuliśmy przed nimi zawsze strach, a w środku pogardę. Ukrywając się przed aresztowaniem lub przemycając „niedozwolone” materiały unikaliśmy jakiegokolwiek kontaktu z nimi. Uczucie to zostało w nas bardzo długo, a nawet do dziś, mimo upływu lat i całkowitej zmiany środowiska. Może nie ma już strachu czy pogardy, ale jest nadal niechęć do kontaktu i niewiara w uzyskanie pomocy w jakiejkolwiek sprawie”.

Nie mam powodu, aby nie wierzyć w to co o tym napisała Szczepańska. Natomiast wytłumaczenie niezgłoszenia tej kryminalnej sprawy na policję nie przekonało mnie. Bowiem jej obowiązkiem było powiadomić o tym policję. Ta osoba mogła być bowiem zagrożeniem także dla innych osób czy nawet samej Australii.

Wśród tych „solidarnościowych patriotów” w Australii było szereg osób, które znalazły się na tzw. Liście Wildsteina. Jest to spis imion, nazwisk i pewnych sygnatur, będącemu indeksem katalogowym archiwalnych zasobów akt Instytutu Pamięci Narodowej w Warszawie, który wyniósł na zewnątrz IPN Bronisław Wildstein, publicysta dziennika „Rzeczpospolita” i rozpowszechnił w środowisku mediów, który potem – na początku 2005 roku został upubliczniony w Internecie. Na liście jest 162 617 nazwisk (w tym nie powtarzało się około 120 tys.), z czego 80 458 miało być tzw. osobowymi źródłami informacji służb bezpieczeństwa PRL – świadomych i faktycznych jak i fikcyjnych (lub jak to inaczej określono – nieświadomych). Szereg z tych osób znalazło się w Australii. Spośród współpracowników PRL-owskiej SB z Listy Wildsteina, którzy znaleźli się w Australii i zaczęli odgrywać dużą rolę w życiu Polonii australijskiej byli m.in. ks. Eugeniusz Ożóg TJ (czyli TW „Stefan”) i Celina Słodowy, która została członkiem Rady Naczelnej Polonii Australijskiej. Szczepańska pisze: „Nazwisko Celiny jest na Liście Wildsteina i w przeciwieństwie do innych nie wystąpiła ona o autolustrację. Dlatego nadal nie jestem pewna czy jej działalność w Radzie Naczelnej, organizacjach polonijnych i radiu była podyktowana zapałem do pracy społecznej na rzecz Polonii, czy też wykonywaniem zupełnie innych działań”.

Grupa byłych prawdziwych działaczy „Solidarności” w Polsce założyła w Melbourne Wiktoriańskie Stowarzyszenie „Solidarność” (WS „S”), do którego Szczepańska zapisała się do 31 grudnia 1987 roku. Było ono solą w oku dla fałszywych „solidarnościowych patriotów” w Australii. Szczepańska pisze: „…byłam w zarządzie WS „S” i z przerażeniem obserwowałam wielokrotne próby rozbicia tej organizacji przez ludzi z Listy Wildsteina”. W 1988 roku dało im się rozbić WS „S” na dwie frakcje. Dalej czytamy: „Wiktoriańskie Stowarzyszenie „Solidarność” powstało jako alternatywa dla delegatury brukselskiego biura („Solidarności”), które miało swoje oddziały w Sydney i Melbourne i było ono nie tylko wspierane przez zorganizowaną Polonię, ale i nietykalne”. Biuro Koordynacyjne NSZZ „S” w Brukseli powstało w 1982 roku i do 1991 roku kierował nim Jerzy Milewski (1935-1997), jak się później okazało tajny współpracownik Służby Bezpieczeństwa PRL – TW „Franciszek”. Szczepańska pisze dalej: „Nikt nie śmiał wówczas zapytać, gdzie i do kogo przesyłane są fundusze i darowizny. Do dzisiaj sprawa pomocy finansowej dla „Solidarności” nie została przez nikogo wyjaśniona. Oficjalnie w Melbourne pracą biura kierował Adam Warzel, w Sydney Heniek Sikora. Z oficjalnych raportów wynikało, że 75% funduszy szło na pensje dla oficjeli biura, przejazdy i noclegi w hotelach. W WS „S” odwrotnie – 95% zbieranych funduszy szło na konkretną pomoc dla ludzi…”.

Cwaniaczków wśród Polaków nigdy nie brakowało. Wśród Polaków przybyłych do Australii w ramach tzw. emigracji solidarnościowej było ich setki, a może i tysiące. Szczepańska pisze: „Z hostelowych rozmów z Polakami (przybyłymi z Polski) wynikało, że aby się tutaj urządzić, trzeba oszukiwać australijski rząd – typowe rady to była praca na czarno i pobieranie zasiłku (rządowego)… Nie odpowiadała mi kariera, jaką w Australii wybrało wiele Polek. Sprzątanie u Żydów, czyli praca na czarno i pobieranie pełnego zasiłku”. Czytamy dalej, że wtedy dyrektorką Biura Opieki, Informacji i Zatrudnienia przy Federacji Polskich Organizacji w Wiktorii była Zofia Sagała. Kiedy po niej tę funkcję na przeciąg sześciu lat objęła Szczepańska, ujawniła wszystkie jej i jej podwładnych w Biurze matactwa. Szczepańska pisze: „Bywało bowiem, że pani Zofia przebywała na służbowych obiadach po 4 godziny dziennie, była w miejscach w których nikt jej nie widział, jako swoich klientów rejestrowała nawet księży, którzy podobno zgłaszali się do niej w sprawie swoich problemów małżeńskich… odeszła (z Biura) wraz z resztą personelu symulującego pracę i okradającego Polaków i rząd (australijski, który finansował działalność Biura). Zaraz po objęciu funkcji dyrektora Biura Opieki Szczepańska została dokooptowana do prezydium Federacji Polskich Organizacji w Wiktorii. Objąwszy stanowisko dyrektora Biura Opieki Szczepańska stwierdziła, że „Do tej pory dyrektor miał robić to, co pozwolili mu robić zatrudnieni na etatach pracownicy. Mnie zamarzyła się sytuacja odwrotna, tym bardziej, że z własnego doświadczenia i relacji innych niezadowolonych z działalności biura Polaków wynikało, że jego pracownicy to święte krowy, które oprócz dobrego wrażenia nie robią dosłownie nic, tylko biorą państwowe – niemałe zresztą – pieniążki… Już po miesiącu wiedziałam, że panie i panowie robią biedną Federację w tak zwane bambuko. Wychodzą, kiedy chcą, przychodzą, kiedy chcą. Wprowadziłam listę wyjść i przyjść. Kilka razy zadzwoniłam do miejsc, w których mieli być na zebraniach – ani zebrań tam nie było, ani nikt ich tam nie widział”. Ludzie ci musieli odejść.

Prezesem Federacji Polskich Organizacji w Wiktorii był Andrzej Kaszubski, a w zarządzie obok niego dwie inne osoby z emigracji solidarnościowej: Dariusz von Guttner Sporzyński i jego matka, która w organizacji była skarbnikiem. Szczepańska przypadkowo odkryła, że kupili sobie bez zgody prezydium telefony komórkowe i Federacja płaciła rachunki za ich prywatne używanie (500 i 700 dolarów). Oburzona tym poruszyła tę sprawę na zebraniu prezydium. I wtedy: „Stałam się nie po raz pierwszy i nie po raz ostatni persona non grata. Zdawałam sobie sprawę, że się mnie pozbędą, zanim nie oddam raportu rocznego, ale usuną mnie przed walnym zebraniem delegatów. Miałam półtora miesiąca, które wykorzystałam na zbieranie dokumentacji. Listy obecności pracowników, fikcyjne interwencje, kopie rachunków. Najbardziej ubawiło mnie odkrycie, że w pokoju Darka Sporzyńskiego – w ramach przygotowania do podjęcia zadań, pracuje aż czterech chłopców. Darek zafundował sobie nowoczesny komputer, wśród papierów znalazłam rachunki za bieliznę, za aktówkę dla jednego z kandydatów do pracy, za obiady i kolacje w drogich restauracjach. Ze zdziwieniem odnotowałam fakt, że na spotkaniu 5 emerytów wypili oni pięciokilogramową puszkę kawy i zużyli 12 rolek papieru toaletowego. Wszystko było jasne. W Federacji rządziła banda trojga. Machloje planował księgowy, prezes wiedział lub udawał, że o niczym nie wie, a rachunki podpisywała mamusia-skarbnik. Do wypisania czeków potrzebne były tylko dwa podpisy, więc aby biznes się kręcił, w zupełności wystarczyły podpisy mamusi i syna. Viva komuna! Viva przekręty! Nie wiem jak długo trwał ten proceder, ale stałam się posiadaczem materiałów dowodowych. Deja vu, deja vecu”. Finał tej sprawy wyglądał tak: Szczepańska skierowała tę sprawę do Victorian Fraud Commission. Prezes Kaszubski ratując swoją skórę także skontaktował się w tej sprawie z Victorian Fraud Commission. Szczepańska tak to skomentowała: „Czyli prezes bohater? Jak bardzo trzeba się bać, aby sprokurować taką mistyfikację? Została wyrzucona z prezydium Federacji, a na jej zjeździe powiedziano zebranym, że „wszystko się pod względem rachunkowym zgadza”. Ksiądz Wiesław Słowik udzielił „błogosławieństwa intrydze – wraz z rozgrzeszeniem”. A jednak Dariusz von Guttner Sporzyński wraz z matką bardzo szybko wyjechali z Australii i, jak pisze Szczepańska, byli ścigani przez Interpol. Śledztwo wykazało, że nie można było znaleźć potwierdzenia na 80 000 dolarów.

Tak odważnie przedstawia tę sprawę Szczepańska, co raczej uwiarygadnia to co pisze; inaczej groziła by jej sprawa sądowa o zniesławienie. Wiem także od drugiej i bardzo wiarygodnej osoby, że defraudacje rzeczywiście miały miejsce w Biurze/Federacji; nie podała mi jednak w przesłanym mi liście nazwisk tych złodziei. W obiegu jest narracja Szczepańskiej. Warto jednak by było posłuchać co na ten temat ma do powiedzenia druga strona – Kaszubski czy Guttner Sporzyński, bo przecież każda moneta ma dwie strony. Niestety, cała ta sprawa, podobnie jak wiele innych, była i jest ukrywana przed społeczeństwem polskim. Druga osoba, do której zwróciłem się w tej sprawie, blisko związana ze Szczepańską i także działaczka polonijna napisała mi, że liderzy Polonii w Melbourne ukryli tę sprawę przed społeczeństwem polskim, bo uznali, że „zepsuje to dobre imię Federacji i imię całej Polonii” (mam nadzieję, że przed Bogiem będziemy mogli także ukryć nasze niektóre ciężkie grzechy). Natomiast faktem jest, że po iluś tam latach Dariusz Guttner Sporzyński wrócił do Australii, nie poszedł do więzienia czy może nawet nie stanął przed sądem i jest wykładowcą historii na Uniwersytecie Melbourneńskim; w 2017 roku Wydawnictwo Naukowe PWN w Warszawie wydało jego książkę pt. Święte wojny Piastów.
Ciekawa sprawa, pełna tajemnic i niedomówień. Z winy jej bohaterów i ich protektorów.

Bardzo dużo przybyłych do Australii Polaków w ramach emigracji solidarnościowej nie tylko było obrzydliwymi typami, ale także nierobami, pijakami, tylko w teorii katolikami (większość z nich nie uczęszcza do kościoła) i ludźmi całkowicie niezainteresowani tutejszym polskich życiem organizacyjnych, a co mnie najbardziej irytowało to to, że byli rasistami i nie byli tolerancyjni wobec różniących się od ich własnych poglądów (przez ich poglądy i zachowanie zrozumiałem to co dzieje się w Polsce po upadku komunizmu w 1989 r. i tzw. wojnę polsko-polską). Krótko mówiąc osobnicy ci popsuli dotychczasową dobrą opinię, jaką cieszyli się do ich przybycia Polacy w Australii. Podam trzy najbardziej wymowne przykłady: 1. już przebywając w hostelu okazali swój obrzydliwy rasizm wobec Chińczyków, posuwając się aż do tego, że w wydawanym przez siebie tam biuletynie na powielaczu nazywali ich „żółtkami”, co stanowczo i oficjalnie potępił Jerzy Zubrzycki, profesor Uniwersytetu w Canberze; 2. byli takimi bumelantami i cwaniaczkami, że duża fabryka Wunderlich w Sunshine podała oficjalnie do wiadomości, że nie będzie więcej zatrudniała Polaków; 3. okna domu Szczepańskiej został obrzucone plastikowymi woreczkami, w których były odchody i nasłali na nią policję, że niby ze swojego mieszkania uczyniła burdel, a jeden z „solidarnościowców”, który został członkiem prezydium Rady Naczelnej Polonii Australijskiej i chciał nawet zostać jej prezesem, powiedział do Moniki Wiench w Parlamencie w Melbourne, na wystawie z okazji 25-lecia powstania Solidarności: „jak chcesz przestać istnieć to ja to załatwię”. Ja mam również przykre doświadczenia z Michałem Filkiem (najbardziej nietolerancyjny redaktor „Tygodnika Polskiego”) i Włodzimierzem Wnuka (członek prezydium Rady Naczelnej Polonii Australijskiej). Bardziej obrzydliwych typów w swoim życiu nie spotkałem. Odnośnie Wnuka, to od jednej osoby otrzymałem 21 maja 2019 roku mail, w którym napisała: „Co do Wnuka, to już samo jego nazwisko wzbudza we mnie odruchy wymiotne - przepraszam za mocne słowa”. Wszystko to sprawiło, że chociaż znam i mam kontakt z wieloma z osobami z emigracji solidarnościowej – porządnymi ludźmi i Polakami, nie nawiązałem bliskich znajomości z nikim spośród nich. Widząc co się wokoło dzieje, po prostu nie chciałem ryzykować wdepnięcia w bagno i narobić sobie kłopotów. Wystarczy mi „dzień dobry” i „co słychać”.

Szczepańska rzuca dużo nowego światła na sprawę polskiego społecznego programu radiowego w Melbourne. Z tego co pisze wygląda na to, że od samego początku (i po dziś dzień) polski program radiowy w Melbourne był i jest w rękach lewicowców, z których wielu pochodziło z emigracji solidarnościowej. Szczepańska pisze: „Radio rządowe (czyli polski program radiowy w Melbourne – m.k.) zostało przejęte przez elementy polityczne zachowawcze i wiernopoddańcze peerelowskiemu konsulatowi i pracującej w nich kadrze szkolonej w Moskwie. Informacje były w kolorze czerwieni i wszystko było cacy… W rządowym radiu pracował facet, który na antenie witał z radością wprowadzenie stanu wojennego (w Polsce)… Rok 1988 był bardzo burzliwy, toczyła się walka o polonijne media… Z radia pozbyto się Kasi Łańcuckiej, a Halina Zandler, z zawodu specjalista od kanalizacji, dobiła Federację (Polskich Organizacji w Wiktorii) sprawą sądową… Jesienią 1988 roku regularne audycje zaczęło nadawać niezależne (patriotyczne) polonijne radio 3 ZZZ, z którym współpracowałam od listopada 1988 do 1993 roku… W komitecie radiowym silną pozycję zaczęło mieć małżeństwo Celiny i Piotra Słodowych. Na jednym z zebrań postawiono wniosek, aby do statutu radia wprowadzić zapis, by zarząd miał prawo usuwania ludzi, którym nie ufa. Ten zapis mi się nie podobał, zalatywał komuną i legalizował pozbywanie się tak zwanych niewygodnych osób. Przypominało mi to praktyki komunistycznej partii, prowadziło do nadużyć. Można było usunąć każdego bez podania i udowodnienia mu jakiejkolwiek winy, wystarczyło tylko podpaść zarządowi. Nazwisko Celiny jest na Liście Wildsteina i w przeciwieństwie do innych nie wystąpiła ona o autolustrację… Po kilku miesiącach przepychanek w radiu napisałam, że rezygnuję ze współpracy…”.

Szczepańska robi jeszcze takie uwagi o Polonii australijskiej: „W swojej polonijnej masie Polacy byli wyjątkowo toksyczni, agresywni i prymitywni. Byli ludźmi, z którymi w Polsce nie miałam nic wspólnego. Nie łączyło mnie z nimi nic. Każda konwersacja była intelektualnym cierpieniem. Stara Polonia ludzi prostych i niewykształconych i kilkunastu inteligentów, którzy zdominowali życie społeczne i kulturalne. Silną rolę odgrywali księża. Typowa hierarchia Pana, Wójta i Plebana. Krzycząca prowincja… Zachęcić Polaków na emigracji do zrobienia czegokolwiek, to jak tchnąć ducha w martwe ciało…”.

Z tymi dwoma uwagami nie całkowicie zgadzam się ze Szczepańską, gdyż aż tak źle na pewno nie było. Widać tu brak empatii wobec prostego człowieka. Gorzej, wyczuwam u Szczepańskiej typowo polską pogardę okazywaną ludziom bez wyższego wykształcenia (w Australii tego nie ma: tutaj liczy się nie posiadanie dyplomu ukończenia studiów, a sukces życiowy w różnych dziedzinach życia; to ci ludzie są tu celebrytami, a nie jeden z wielu, wielu tysięcy zwykłych wykładowców uniwersytetów, z których wielu – jak się to tutaj powszechnie mówi – spłodzi jeszcze jeden „academic bullshit”, czyli akademicki nonsens albo gówno w dosłownym tłumaczeniu: zobacz np.: No, to jest jakiś cyrk. "Naukowcy z Oksfordu" jak "radzieccy naukowcy" kreują rzeczywistość. SPRAWDŹ, co dziś uznali za "śmieciowe newsy" (wPolityce 23.5.2019). To nie była wina prostych Polaków w Australii po wojnie, że byli niewykształceni. To była „zasługa” II wojny światowej. I jestem pewny, że gdyby nie ona, to nie jeden z nich nie tylko ukończył by studia, ale zapisał się na trwałe w jakiejś dziedzinie, czyli w dziejach narodu polskiego. A poza tym, to właśnie ci prości ludzie mają największe zasługi w odniesieniu do organizacji i życia Polonii australijskiej. Bez nich była ty tu prawdziwa polonijna pustynia. Poza tym oni mają na swoim polonijnym sumieniu sto razy mniej grzechów niż tzw. inteligencja polska w Australii – tak powojenna (której było setki, a nie kilkunastu jak pisze Szczepańska) jak i solidarnościowa (rzekomo prawie połowa z nich podawała, że ma ukończone wyższe studia; ilu z nich dokonało nostryfikacji swego dyplomu? Spośród ok. 12 tys. garstka!). To, że byliśmy i jesteśmy nikim w Australii jest ich „zasługą”.

Szczepańska źle przedstawia także sprawę utraty centralnego Domu Polskiego w Melbourne (na LaTrobe Street), czyli utraty przez społeczeństwo polskie wielu milionów dolarów. Straciliśmy go nie tyle przez bankructwo Pyramid Society, która miała pobudować nowy budynek, ale przez głupotę naszej inteligencji tak ze starej jak i solidarnościowej emigracji, czyli naszych liderów. Po prostu ci „mądrale” nie ubezpieczyli Domu przed taką możliwością. Jakby Szczepańskiej spalił się dom, który ona nie ubezpieczyła przed ogniem, to czyja by to była wina, że została na lodzie bez grosza? Ludzie, którzy to zrobili powinni stanąć przed sądem, albo Polacy powinni ich po prostu zlinczować. Niestety, tak się nie stało. A oni widząc bezkarność, postanowili zrobić z siebie jeszcze bohaterów, apelując do społeczności polskiej w Melbourne, aby dała im 2 miliony dolarów na zakup lokalu z przeznaczeniem na Dom Polski. Głupich nie znaleźli. I, o dziwo!, Szczepańska krytykuje za to społeczność polską.

Wspomnienia Elżbiety Szczepańskiej są na pewno ciekawym przyczynkiem do historii Polonii w Melbourne, a pośrednio i Australii, bo tak samo wszędzie było i jest.

Historia lubi się powtarzać.

Otóż z Protokołu ze Specjalnego Walnego Zebrania Członków Polish Sporting, Recreation and Community Assoiciation – Polish Club Albion, Niedziela 7 kwietnia 2019 r. dowiadujemy się, że zarząd ma bardzo poważne grzechy na sumieniu. M.in. wystawili czek na 50 000 dolarów firmie budowlanej przed rozpoczęciem prac, która ich w ogóle nie rozpoczęła, no i najgorsza wiadomość – „zniknęła razem z czekiem”, czyli w ogóle nie istniała oraz rzekomo wypłacił 13 000 dolarów na ubezpieczenie Klubu, a Klub nie został ubezpieczony. Zarząd na to zebranie nie udostępnił sprawozdań z okresu swej działalności, skarbniczka nie zrobiła rozliczenia, lekceważono Komisję Rewizyjną, po chamsku odnoszono się do osób zadających im pytania itd. Czy i ten zarząd, jak wiele innych kradł pieniądze?

Marian Kałuski

Wersja do druku

Marian Kałuski - 14.11.20 5:43
Recenzja ta pochodzi z mojej książki pt. "Terra Australis. Przyczynki do historii Polaków w Australii" wydanej w Melbourne w 2019 roku. W Polsce jest we wszystkich najważniejszych bibliotekach krajowych (podawana w ich katalogach).
Trochę się dziwię, że chociaż KWORUM czyta spora grupa Polaków z Australii, nikt z nich nie ma nic do powiedzenia - do dodatnia do uwag p. Szczepańskiej. A przecież można je uzupełniać w nieskończoność. Obok bowiem wielu setek żulików i kryminalistów, którzy przybyli do Australii w ramach tzw. emigracji solidarnościowej, w jej szeregach była i jest także spora grupka prawdziwie wartościowych i zasłużonych ludzi. Znałem czy znam sporo takich osób. Jednak kiedy osobiście mówię o emigracji solidarnościowej to raczej mam niemiłe wspomnienia z osobnikami, z którymi w jakiś sposób miałem do czynienia. Tak jak Elżbieta Szczepańska. Przykre to, ale prawdziwe. Ten fakt potwierdza to, że w każdym narodzie, w każdej grupie etnicznej w Australii są ludzie i ludziska. Także w grupie polskiej. Szkoda, że wśród działaczy polonijnych w Australii jest więcej "ludzisków". I że są objęci patronatem Ambasady RP w Canberze i Konsulatu Generalnego RP w Sydney. Stąd przez nich rządowa Polska jest dla mnie prawdziwą macochą.
Marian Kałuski, Australia

Wszystkich komentarzy: (1)   

Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami naszych Czytelników. Gazeta Internetowa KWORUM nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

03 Grudnia 1941 roku
Gen. Wł. Sikorski podczas rozmów ze Stalinem na Kremlu upomniał się o Polaków przetrzymywanych nadal w łagrach i więzieniach


03 Grudnia 1970 roku
Urodziła się Katarzyna Skrzynecka, aktorka i piosenkarka.


Zobacz więcej