Piątek 18 Października 2019r. - 291 dz. roku,  Imieniny: Hanny, Łukasza

| Strona główna | | Mapa serwisu 

dodano: 19.05.19 - 10:33     Czytano: [480]

Przesiedlona





Jesienią 1944 roku rozpoczęły się przesiedlenia Polaków z terenów wschodnich Rzeczypospolitej za nową granicę na Bugu, a na wschód- polskich Ukraińców i Białorusinów. Obie migracje - chociaż opierały się na międzynarodowych umowach- nie różniły się wiele od wojennych wypędzeń i deportacji.

72 lata temu w Jałcie i Poczdamie zawarto porozumienia- między premierem Wielkiej Brytanii Winstonem Churchillem, prezydentem USA Franklinem Delano Rooseveltem i przywódcą Związku Radzieckiego Józefem Stalinem - będące potwierdzeniem ustaleń podjętych w Teheranie w 1943 r., które za wschodnią granicę Polski uznały tzw. linię Curzona. 27 lipca 1944 r. wasalny wobec ZSRR PKWN podpisał z rządem sowieckim umowę o polsko-radzieckiej granicy państwowej, w której za jej podstawę przyjęto linię Curzona.

Kresy Wschodnie II Rzeczypospolitej, bez zgody legalnego rządu polskiego w Londynie, zostały odebrane. Przesunięto granice i zmuszono miliony osób do opuszczenia swoich domów.

Polacy i Ukraińcy

- Najtrudniejsze – dla mnie, kilkuletniego dziecka- było to, że nie mogłam chodzić do szkoły- mówi Bronisława Bartoszek, urodzona w 1936 r. na Kresach Wschodnich, dziś mieszkająca we Włodawie.- Mój dziadek był Warszawiakiem, nauczycielem, który przyjechał na Kresy, aby uczyć polskie dzieci. Tu poznał moją babcię, mieli trzech synów, najmłodszym był mój tata. Miałam chyba 7 lat, kiedy po raz pierwszy poszłam do szkoły. Tak chciał mój ojciec. Tam, gdzie mieszkaliśmy, na kolonii- bo na wsi mogli mieszkać tylko Ukraińcy- nie było już polskiego nauczyciela. Zabili go Niemcy. Tato zapisał mnie do szkoły ukraińskiej, rodzice zakupili mi zeszyty, torebkę... Do szkoły poszła ze mną tylko jedna polska dziewczynka. Kiedy wracałyśmy do domu przez łąki, wybiegła za nami chmara ukraińskich dzieci, które nazrywały rózeg i goniąc nas, krzyczały: „polska mordo”, „Polaczok”; używali też innych wyzwisk. Do tego stopnia zostałyśmy pobite tymi rózgami, że krew z nóg ciurkiem się lała. Rodzice nie puścili nas więcej do szkoły.

Tato uratował obraz Matki Bożej Częstochowskiej

- W Małorycie była polska parafia-
opowiada pani Bronisława. -Pamiętam, w 1939 r. byliśmy w kościele, jak zwykle blisko ołtarza. Tato trzymał mnie na rękach. Nagle słyszę- strzelanie, kule lecą. Dużo ludzi wtedy zabili. Tato z mamą przez zakrystię uciekli. Wtedy Ukraińcy wyrzucali polskie obrazy. Obraz Matki Bożej Częstochowskiej tato wyjął z rowu i ukradkiem nocą zaniósł do stodoły. Ukraińcy chcieli zabić ojca za ten obraz. Przychodzili do nas do domu i pytali, gdzie jest obraz i po co nam Matka Boża... Odtąd nie mieliśmy kościoła, była cerkiew w Lachowiczach, właściwie cztery cerkwie. Z rodzicami na Wielkanoc jeździliśmy do Kobrynia. W domu po cichu odmawialiśmy modlitwy po polsku. Musieliśmy być dyskretni, ponieważ Ukraińcy podsłuchiwali pod oknami; nasze okna były zamknięte, założone kocami i tak modliliśmy się i świętowaliśmy.

Na wsi rżnęli ludzi

- Ludzie przychodzili do nas, na kolonię, uciekając przed bandami UPA. Mieszkaliśmy w lesie, tu nie doszły bandy ukraińskie. Na wiosnę dotarły tu oddziały partyzanckie Satanowskiego, które zablokowały Ukraińców. Kiedyś przyszła do nas jedna kobieta, która opowiadała, jak wyciągała spod stosu trupów męża i dzieci; kiedy Ukraińcy zobaczyli ją żywą, biegli za nią, ale udało jej się uciec. Jakiś czas mieszkała z nami. Baliśmy się. Prawie całe lato chowaliśmy się przed bandami; tato mówił, aby szukać partyzantów w lesie i iść do nich, albo ukrywać się w polu. Ojciec był gajowym. Kiedyś usłyszał od pewnego Ukraińca: chodź do nas nocować, bo jutro przyjdą banderowcy i wyrżną was. Ojciec jednak nie posłuchał- wiedział, że syn tego mężczyzny, który składał propozycję noclegu, był w bandzie. O studniach z ciałami zabitych dzieci opowiadała moja siostra Jadwiga. Miała zaledwie 12 lat i chodziła na przymusowe kopanie kartofli, zgodnie z zarządzeniem niemieckim. Ludzi wyrżnęli, a pola kartofli pozostały. Cały dzień pracowała, w głodzie i pragnieniu- w studniach nie było wody, tylko krew i zwłoki małych dzieci. Ciała nabitych na sztachety wisiały na wsi, a w dołach konały ciała zarżniętych ludzi. Kiedy wracała do domu, nie jadła, była przerażona. Przytulałam ją, ale cieszyłam się, że wróciła, że nie zginęła, że żyje.

Życie po drugiej stronie Bugu

W 1945 r. rodzina pani Bronisławy przyjechała do Kaplonos, niedaleko Włodawy.
Nie podzielili losu prawie miliona „zabużan”, których wyładowywano na jakiejś stacji lub w polu, gdzie czekali- nieraz wiele tygodni- na przydział mieszkania lub gospodarstwa.
- Zanim były Kaplonosy, dotarliśmy- koniem i furmanką, bo przecież było to niedaleko- do pewnej wioski, ale nie było tam pieca chlebowego. A mama piekła chleb. Dlatego przeprowadziliśmy się, -a prawo zezwalało na trzykrotną zmianę miejsca,- i zamieszkaliśmy w Kaplonosach. Obok nas mieszkało kilka innych rodzin polskich, które przybyły ze wschodu. Zamieszkaliśmy w opuszczonym przez Ukraińców domu. Tato po dwóch latach zmarł, mama była zmuszona sama gospodarować. We dwie- ja i moja siostra Jadwiga, bo druga siostra zmarła wcześniej, a brat był na froncie- pomagałyśmy mamie. Od 1950 r. chodziłam na zarobek kopać ziemniaki. Kiedyś, pamiętam, mama posiała żyto i wymarzło, nie mieliśmy chleba. Dodatkowo grasowała partyzantka, która zabierała nam żywność. Kiedyś jakiś mężczyzna zaproponował mamie, że pomoże przy świnobiciu; pomagał, ale następnego dnia przyszli partyzanci z lasu i zabrali chude mięso; kawałki polędwicy mama układała w beczułce- wywalili to mięso, nam zostawili tylko słoninę. Potem zrozumiałyśmy, że poinformował o tym ten mężczyzna, który pomagał przy świni. Było nam ciężko, dużo pracy. Dlatego mama chciała, aby moja siostra wyszła za mąż, abyśmy miały pomoc w gospodarstwie. Siostra związała się z wojskowym, plutonowym, który był ścigany; chował się w spichlerzu, codziennie nachodzono mamę, aby wskazała miejsce jego ukrycia. Kiedyś była tak trudna sytuacja- grożono, że mamę zabiją, - że ja sama wydałam z płaczem swojego szwagra. Ale wybroniłyśmy go, skończyło się na tym, że zabrali jego mundur z odznaczeniami i dwie pary butów. Ja wyszłam za mąż w wieku niespełna 17 lat, mój mąż mieszkał po sąsiedzku. Tak było łatwiej żyć.


Wysłuchała i spisała:
Joanna Szubstarska

Wersja do druku

Pod tym artykułem nie ma jeszcze komentarzy... Dodaj własny!

18 Października 1931 roku
Zmarł Thomas Alva Edison, amerykański wynalazca.


18 Października 2009 roku
Zmarł w Szwajcarii dr Jan Pyszko, działacz polonijny, wielki patriota z Zaolzia, założyciel Ligi Polskiej (2000), kandydat na prezydenta Polski w 2005 roku


Zobacz więcej